Boniek – Benito
18 XI 2008
W życiu nie widziałam tak przyjaznego, tak przymilnego i przytulaśnego kota jakim jest Boniek. Dlatego w głowie mi się nie mieści, jak ktoś mógł wyrzucić go z domu tuż przed zimą… Podobno powodem było brudzenie, jednakże jakoś nie potrafię dać temu wiary… Boniek (po dwóch wpadkach w łazience) bez problemu korzystał z kuwety, drapał tylko drapak, miał duży apetyt – zjadał wszystko, co dostał, nie grymasił. Reagował na imię, przychodził na zawołanie i wskakiwał na kolana. Uwielbiał tak wypoczywać, można go było wtedy głaskać, drapać, przekładać, układać. Wszystko. Nawet obcięcie pazurków czy podanie tabletki odbywało się bez problemu. Mimo to przez ponad miesiąc czasu nikt nie chciał zaopiekować się Bońkiem. Jego problemem prawdopodobnie był wiek – był kotem dużym, 8-9 miesięcznym, a jak wiadomo wszyscy szukają słodkich i malutkich kociątek. Boniek w ogóle był kotem mocnej budowy. Nie mając roku był już wielkości naszego potężnego Kernela a przecież w tym wieku był jeszcze w fazie wzrostu…
Niestety, Boniek mimo swego przyjaznego nastawienia do świata nie odnalazł się w naszym stadzie (zresztą i tak nie mogliśmy pozwolić sobie na kolejnego kota). Farba go nienawidziła, Matylda unikała a Kernel nie raz gonił Bońka i po prostu go lał. Był chyba jedynym kotem, przed którym Boniek czuł respekt, choć przecież znalazł się na zupełnie obcym i zamieszkanym przez inne koty terenie. Żaba natomiast bardzo chciał się z Bońkiem zaprzyjaźnić. Przyjaźń ta była jednak trudna, głównie dla Żaby. Podejrzewam, że Boniasty został wcześnie oddzielony od matki i rodzeństwa i nie nauczył się delikatności. Był dla Żaby po prostu za silny i zbyt brutalny. Często ich zabawa kończyła się piskiem Żabusia – na dłuższą metę nie byłaby to zdrowa sytuacja…
Jak Boniek trafił do nas? Od pewnego czasu dokarmialiśmy Stefana Johnsona – podwórkowego buraska, przyjaciela Maleństwa-Spacji. Któregoś wrześniowego dnia, tuż po oddaniu Maleństwa, wracając do domu od frontu spotkaliśmy ślicznego dużego kota, który patrząc nam w oczy miauczał głośno prosząc o głaskanie. Zaczęliśmy przynosić mu jedzenie. Kot niechybnie był nowy na ulicy. Po kilku dniach byliśmy pewni, że kot ten wychowywał się wśród ludzi i albo był kotem wychodzącym (czemu przeczyło to, że po prostu rzucał się na przyniesione jedzenie) albo uciekł i zgubił się. Na myśl nam nie przyszło, że ktoś takiego kota mógłby z domu wyrzucić… Przyzwyczajony do ludzi dawał się głaskać, brać na ręce, wpychał się na kolana. któregoś dnia podeszłam do sąsiadki, która zna wszystkie okoliczne koty. Opowiedziała mi, czego się dowiedziała.
Boniek był kotem pewnej dziewczynki z okolicy. Jej matka wyrzuciła go z domu „bo srał”. Dziecko przyniosło kota do domu. Sytuacja jednak powtórzyła się dwukrotnie po czym los Bońka był przesądzony – od tej pory miał mieszkać na podwórku. Dziewczynka nosiła mu jedzenie i w końcu sąsiadka ją zaczepiła, by się wypytać. Boniek miał wtedy podobno 8 miesięcy. Razem z sąsiadką uradziłyśmy, że kotu trzeba szybko znaleźć nowy dom. Następnego dnia wyszliśmy z Adamem z jedzonkiem i transporterkiem. Kot za jedzeniem wszedł do połowy do klatki. Bez walki dał się wepchnąć do końca i zamknąć. I tak znalazł się u nas.
Zamknięty w łazience koniecznie chciał się z niej wydostać. Zepsuł zabezpieczenie i głośno miauczał. Zsiusiał się dwukrotnie koło drzwi. Zaniepokoiliśmy się, że to właśnie o to chodziło. Przelaliśmy trochę moczu do kuwety i postawiliśmy ją w miejscu zabrudzenia. Następne siusiu znalazło się już w żwirku i od tamtej pory nie zdarzyła się Bońkowi żadna wpadka, nawet gdy przestawiliśmy kuwetę w zupełnie inne miejsce po paru dniach. Wizyta w przychodni TOZ niestety nie skończyła się kastracją, bo kotek był podziębiony. Dopiero po dwóch dniach i antybiotykach udało się go wykastrować. Do tej pory musiał mieszkać w łazience. Cieszył się na każdą naszą wizytę, przytulał się, właził na kolana. Wykastrowany i podleczony zaczął zwiedzać mieszkanie i zapoznawać się z kocią menażerią. Nic nie stanowiło dla niego problemu, nie wiedział co to nieśmiałość, czy strach. Zawieziony do moich rodziców na pół dnia czuł się jak u siebie. Zwiedził wszystkie zakamarki (nawet takie, z których myśleliśmy, że nie wyjdzie o własnych siłach) po czym położył się na kanapie niczym król w pozie „głaszczcie mnie i podziwiajcie”. Niestety, mimo ogromnej sympatii do Bońka, rodzice nie dali się namówić na kota.
I tak mijał dzień za dniem. Boniek rozmawiał z nami, czasem gadał do siebie, spał na naszych kolanach, bił Żabę i był bity przez Kernela. Któregoś dnia dostałam maila od pewnej pani, że chętnie przygarnie Benia (?) jeśli nie znajdzie się nikt inny. A jako, że przez bardzo długi czas nikt taki się nie znalazł, w końcu skontaktowaliśmy się z tą panią.
15go listopada pojechaliśmy z Bońkiem do Podjuch. Trafił do miłej rodziny z 4 kotami – 4 letnim trójnogim rudaskiem, bliźniakami syjamami i około 4 miesięcznym czarnobiałym maluszkiem. Z wrodzoną ciekawością zaczął zwiedzać pokój zupełnie nie przejmując się pozostałymi kotami. Sprawdził miski z jedzeniem, wskoczył na blat kuchenny, wpakował się na drukarkę i video a także pacnął naturalnej wielkości figurkę kota. Zostawiliśmy tam Bońka z mieszanymi uczuciami. Rodzina sprawiała bardzo dobre wrażenie – ludzi kochających koty, szanujących je. Bez problemów podpisali umowę. Tylko, czy Boniek dogada się z pozostałymi kocurami? Poza tym Boniek miał mieć od wiosny możliwość wychodzenia na dwór (oczywiście po przyuczeniu). Pierwszy i raczej ostatni raz zgodziliśmy się, by kot, którego oddajemy, był kotem wychodzącym. Dodany do umowy punkt o zaczipowaniu i oznaczeniu niestety nie uspokaja, bo chip kota nie obroni, jednak mam ogromną nadzieję, że Boniek zostanie odpowiednio przyuczony do eskapad i będzie miał w życiu wiele szczęścia…
MAILE PRZESZUKAĆ OD ELISAVIETA Z BOŃKIEM~!!!!! I ZDJĘCIAAAAA
Ostatnie komentarze