Awkward
Gdy ona znajduje się w sytuacji, która obiektywnie w społeczeństwie jest potępiana, ale ty znasz przeszłość, byłaś tam (choćby w relacjach na bieżąco) i wiesz, że to nie jest takie czarnobiałe, że to były wielkie emocje, których echo gra nadal na czułych strunach. Gdy ona wie, zna teorię, potrafi powiedzieć dlaczego to nie jest dobre i czeka na słowa nagany, na opiernicz, ale go nie dostaje, bo ty wiesz, że to potrafi być cholernie trudne, że potrafi zabijać, niszczyć, szarpać ducha, obiecywać złote góry i strącać w przepaście. Że ciężko jest powstrzymać się, podjąć decyzję, zerwać coś, co właśnie szaleńczo próbuje się odbudować. Bo znasz to i wiesz. Choć nigdy nie jest tak samo.
Możesz tylko przestrzec, poprosić, by uważała, by nie zapomniała o rozsądku, by potrafiła spojrzeć z dystansu. I możesz się tylko bać, że to na nic, bo wiesz.
Wiesz, sporo wiesz, choć to pewnie kropla w gorzkim morzu tej wiedzy. I nagle słyszysz Prawdę, oczywistą oczywistość. Że taki ktoś, kto coś, to na pewno już nie, skoro tak. I słyszysz ten znak zapytania, ten znak wymuszający potwierdzenie. I nie potrafisz. Nie możesz potwierdzić. Bo znasz to i wiesz. Że to nie jest czarnobiałe, że emocje. Że wystarczy być zagubionym, by jak ćma polecieć tam, gdzie ktoś zapalił świecę. Że wystarczy być słabym (a kto jest silny, tak naprawdę?), żeby dać się złamać, żeby porzucić tę całą teorię i zrobić krok w ciemność, z której tak ciężko wrócić a jeszcze trudniej zapomnieć.
I możesz tylko milczeć. Bo przecież nie chcesz o tym mówić. Nie chcesz tłumaczyć się z czegoś, z czego nie ma wytłumaczenia. Nie chcesz przypominać tej, która zapomniała.
I tak zostajesz, sama, z długimi, szarymi cieniami, które kładą się na twoich myślach, znów nie pozwalając zapomnieć…
Straszne słowo na „Ś”, „D” i nie tylko
Jak zawieszona w próżni
Między tym, co jest a tym, co mogłoby być. Bo przecież pewnie nie będzie, skoro już tyle czasu i nic.
Bo wszystko jest na kiedyś. Kiedyś kiedyś kiedyś. Kiedyś się pojedzie. Kiedyś się zrobi. Kiedyś się kupi.
I nigdy
A czas płynie
.
Stara już jestem
.
Już nawet nie chce się prosić, nie chce się pytać, nalegać, sugerować. Bo przecież skoro jeszcze nie, to może nigdy. Bo przecież jak już się zgodzi, to będziesz sobie pluć w brodę, że to twoja sugestia, twoje naciski i żądania a nie jego prawdziwa potrzeba serca (duszy, umysłu, czegotamkolwiek, w co się wierzy).
Z tej sytuacji już nie ma dobrego wyjścia i nigdy nie będzie. Za długo marudziłaś i naciskałaś. Za długo to ty chciałaś czegokolwiek. Za długo, żeby już kiedykolwiek uwierzyć, że to nie z twojej sugestii lecz z samego siebie. To już zawsze będzie takie skażone, prawda?
Prawda?
Zresztą, im dłużej inni naciskają, tym mniej ta potrzeba jest twoja własna. Przestaje być twoim marzeniem, celem, dążeniem a staje się marzeniem, celem i dążeniem tego kolektywu rodziny i znajomych, którzy wiedzą lepiej, chcą dla ciebie lepiej, niemogąsiędoczekać i bo przecieżjaktotakciąglebez?
I to już zaczyna tak być, że jak się tak głębiej zastanowić, to się już tego nie widzi, nie potrafi wyobrazić. Jakby to było coś obcego, nie z tej ziemi, nierealnego. Coś zupełnie nie przeznaczonego dla mnie.
Coś robionego tylko po to, by ci wszyscy inni się wreszcie odczepili usatysfakcjonowani.
.
I ja wiem, że to kwestia podejścia, sposobu myślenia. Wiem. Znam teorię. Ale nie jestem Tobą, nie potrafię tak siebie okłamać, żeby w to uwierzyć…
.
Stara już jestem
Łabędzie skrzydła
Rano przeglądałam ofertę Falcka w Szczecinie* i rzuciła mi się w oczy kategoria „psycholog”. Pomyślałam, że bez sensu, bo choć jeszcze jakiś czas temu nosiłam się z zamiarem, to jednak przecież już się dobrze czuję.
Ale to nie tak.
Różne dzisiejsze wydarzenia, słowa A. i moje własne podprysznicowe zamyślenia mówią co innego. Jest tak wiele rzeczy, które muszę zrobić. Tak wiele rzeczy, które powinnam. I tak bardzo wiele tych, które chciałabym zrobić. Ale robię zaledwie promil i to tych, które powinnam, bo inaczej „świat się zawali”, albo akurat miałam nastrój. Resztę czasu marnuję. Nie nie, nawet nie marnuję. Ja mam poczucie, że go NIE MAM. Że poza pracą i paroma sprawami nie mam czasu na nic. A przecież to obiektywnie nie jest prawdą. Obiektywnie. Dzień mija za dniem, ja się starzeję i nic z tego nie mam. Tak źle było już od kiedy byłam bezrobotna (o ile nie wcześniej). Wtedy było o tyle gorzej, że miałam tego czasu full i robiłam NIC. Myślę, że to, co się działo rok temu, było blisko depresji, jeśli nie jej początkiem. Potem pojawiła się praca, jedna, druga i wreszcie umowa na cały etat. Och, jaka wspaniała wymówka – nowa praca, nowe obowiązki, nowe stresy. Potem nowe miejsce z większą ilością pracy i obowiązków. No przecież jestem taka zmęczona, taka zajęta, zestresowana. Ale halo, mamy już maj! Boże, kiedy to się stało? A ja ciągle nic. Jakieś małe przebłyski, szybko wypalające się ździebełka. I dalej nic nic nic… Chowam się za płaszczykiem pracy, zmęczenia, zajętości i marzeń o lepszym życiu. Marzeń marzeń. Czuję się wyzuta z życia, jak to porzucone ciało w lesie**, z którego schodzi naskórek, w którym rozwijają się larwy, które coraz mniej przypomina człowieka ale z pleców wciąż sterczą mu skrzydła łabędzia, którym może kiedyś było…
Przed czym ja uciekam? Przed czym się chowam?
A może to nie tak…
—
* co było efektem historii, która spowodowała moje poranne wkurzenie, łzy i zły nastrój na cały dzień, ale to może kiedy indziej…
** „Chemia śmierci” Simon Beckett
Ocalić od zapomnienia
Ile razem dróg przebytych
Ile ścieżek przedeptanych
Ile deszczów, ile śniegów
Wiszących nad latarniamiIle listów, ile rozstań
Ciężkich godzin w miastach wielu
I znów upór, żeby powstać
I znów iść i dojść do celuIle w trudzie nieustannym
Wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń
Ile chlebów rozkrajanych
Pocałunków? Schodów? Książek?
Oczy twe jak piękne świece
A w sercu źródło promienia
Więc ja chciałbym twoje serce
Ocalić od zapomnieniaU twych ramion płaszcz powisa
Krzykliwy, z leśnego ptactwa
Długi przez cały korytarz
Przez podwórze, aż gdzie gwiazda Wenus
A tyś lot i górność chmur
Blask wody i kamienia
Chciałbym oczu twoich chmurność
Ocalić od zapomnienia
Widziałam dziś Jego. Na zdjęciach. Wielu. Małego, młodego, takiego jak WTEDY. Zdjęcia z przyjaciółmi, zdjęcia portrety. Wspomnienia, obozy, uroczystości rodzinne, wyjazdy, zabawy, przyjaźnie, uśmiechy. Też tam byłam, na paru zdjęciach. Tamte wakacje, inne wakacje. Niemal dziesięć lat a jakby wczoraj. I nic się nie liczy w tym momencie, gdy stoisz poza nimi, patrzysz na zdjęcia i twoje serce znów umiera a ty nie możesz rzucić się na kolana i wypłakać swoich oczu. Jak kamień. Zdjęcia przepływają poza tobą, obojętnie przez zaciśnięte pięści i zęby. By potem, w domu, uderzyć z całej mocy. I znów zabić. I nic się nie liczy. To, że jesteś kochana, że kochasz, że życie bywa dobre i płynie dalej. Jesteś tylko ty i te zdjęcia. Jedyne, co pozostało namacalne. I nie ma nic. Nic.
*
Ocalić od zapomnienia. Ocalić te oczy, ich błysk. Uśmiech. Ocalić na zdjęciach, bo pamięć zawodna. Na zdjęciach, których tylko kilka, nie do powtórzenia. Niewiele więcej ich było z tamtego krótkiego czasu, ale teraz nie ma nawet kliszy, bo chciało się podzielić i straciło się wszystko. A inni mają więcej, z całego życia, klisze, pliki, kopie. A ty nie masz nic, bo zaufałaś. Nie ma co pytać po raz setny, po tylu latach. Nie do odzyskania… zostaje ci tylko zawodna pamięć… dlaczego…
*
To tak bardzo nierealne, te 10 lat. Nie potrafię w to uwierzyć, nie potrafię zrozumieć. Zbyt wiele niedopowiedzeń, tajemnic, niewyjaśnionych spraw, niewypowiedzianych pretensji, by móc to sobie wszystko jakoś poukładać. Zbyt wiele bólu, żeby zapomnieć.
*
A Ty siedzisz na wysokiej gałęzi, spoglądasz na migoczące gwiazdy i zamykasz oczy…
Pierwszy Wiosenny
Pierwszy Wiosenny po raz 11ty. Zimny i pochmurny. Wyglądał tak:

A to dzielni uczestnicy, w ogromnej ilości. No nie spodziewałam się tylu:

Może w przyszłym roku będzie nas trochę więcej odważnych i zdeterminowanych :P
Ostatnie komentarze