Zamyślenia

Rozmyślania, zamyślenia, przemyślenia, zadumania

Znów to robię…

Nie być innymi.
Nie karmić się cudzym życiem.
Nie spijać cudzych łez słonych, nie łapać ich słońca promieni.
Nie próbować, nie zazdrościć.

Być sobą.
Nie zapominać.

Znaleźć ten spokój, ciszę.
Znaleźć natchnienie.
Na powrót odnaleźć zagubione.

Mieć siebie.
I nie zgubić.

Jak?

Bo fantazja jest od tego

Mówi się, że by zbliżyć się do swoich marzeń trzeba je zapisać. Wczoraj wracając wieczorem do domu rozmyślałam o tym, co w życiu chciałabym zrobić. Coś poza standardami. Poza zbudowaniem domu, posadzeniem drzewa i spłodzeniem syna;-). Coś, co uzupełniłoby tych kilka pustych miejsc w układance mojego życia. Wyszła mi niewielka ale dość chaotyczna lista. Podzielę się nią, żeby nie zapomnieć, choć coś mi się wydaje, że od wczoraj coś mi umknęło… (kolejność przypadkowa)

- nauczyć się języka migowego (inny sposób myślenia)
- nauczyć się języka hiszpańskiego (od lat ciągnie mnie do niego, nie wiem czemu)
- nauczyć się jeździć konno (konie są takie tajemnicze)
- zrobić kurs paralotniarski (i szybować w przestworzach;-) )
- skoczyć ze spadochronem (choć trochę się boję)
- popłynąć w rejs jachtem (nie jeden raz)
- zrobić tatuaż (bo tak)
- nauczyć się tańczyć ;-)

Zwiedzanie miejsc na świecie to zupełnie inna kategoria i znalazły się tam między innymi:

- Islandia (dla gejzerów i przestrzeni)
- cała Skandynawia (dla widoków, kultury, przyrody)
- Szkocja i Irlandia (bo tam jeszcze nie byłam a Irlandia podobno jest taka zielona…)
- Nowa Zelandia (Śródziemie!)
- Indie (kolory)
- Chiny (Mur, Zakazane Miasto itp)
- Japonia (ogrody, Fudżi, tradycyjne domy z matami na podłodze, pola ryżowe, a z drugiej strony największe miasta, nowoczesność)
- Grecja (serdeczni ludzie, białe ściany i niebieskie okna)
- Kanada (dzikie lasy, metasekwoje, pumy, Wyspa Księcia Edwarda, Eskimosi)
- Hiszpania raz jeszcze i Portugalia
- Ameryka Południowa i środkowa (w ogóle – a głównie miejsca związane z Indianami tamtejszymi)
- Afryka (słonie)

Mam nadzieję, że znajdą się warunki, by zrealizować chociaż część z tych marzeń. I tylko coraz częściej zastanawiam się jak pogodzić marzenia o podróżach z posiadaniem domu, dzieci, kotów…

Nie jestem głupim bakłażanem.

Coraz częściej łapię się na tym, iż nie jestem szczęśliwa. Brakuje mi ostatnio w życiu motoru napędowego, pasji, chęci do działania. Wiąże się to chyba głównie z tym, że od wielu lat próbuję obrać jakiś cel, kierunek, w którym mam iść. Wszystko, co się dzieje przepływa koło mnie, tak jakby obojętnie, od niechcenia. Od czasu do czasu przychodzi mały zryw. Tak mały, że już po chwili wszystko ostyga. Czas mija nieubłaganie, przecieka mi przez palce. Już nawet ciężko mi próbować go chwytać. Mam wrażenie, że nie mam już marzeń, tych długofalowych, życiowych, określonych, do których się idzie każdego dnia, którym człowiek się poświęca, które nadają sens.

Wydawało by się, i tak mi radzą niektórzy, że wystarczy siąść, przeanalizować swoje pranienia, uszeregować i uwierzyć w ten szereg, w te wybory. Wydawałoby się, że to takie proste i oczywiste. Nic bardziej mylnego. Gdybym przez cały ten czas ani razu nie zastanawiała się nad tym uznałabym, że jestem tępym bakłażanem i nie godna jestem kroczyć po tej ziemi…

Zastanawiałam się wielokrotnie. Który kierunek obrać, dokąd zacząć iść? Coraz częściej żałuję, że życie jest tylko jedno i nie można wypróbować tych wszystkich wariantów, które przychodzą do głowy. Coraz bardziej mam wrażenie, że ten czas, który minął, zmarnowałam okrutnie a to, co mi zostało to tak niewiele. I ta świadomość wcale nie motywuje mnie do walki i decyzji. Świadomość ta unieruchamia mnie, dobija, wiesza na szubienicy. Gdy o tym myślę zaczynam tracić dech a życie wypływa ze mnie i znika. W tej chwili, gdy to piszę, mam ściśnięte gardło.

Wracając jednak do rozmyślań nad celem. Bo cel musi być. Nie wyobrażam sobie przeżyć swojego życia od tak, z dnia na dzień, bezrefleksyjnie, bez marzeń, bez satysfakcji. I choć od paru lat coraz bardziej jest właśnie tak, to ja nie chcę. I konflikt ten znów zabiera mi energię i rzuca na kolana. Bo ja chcę tak wielu rzeczy a jednocześnie ogarnia mnie tak wielki strach przed ich realizacją. Strach, który wiąże się z wyborem. Jeśli dokonam złego? Jeśli wybiorę jedną drogę i mimo pokładanych nadziei nie da mi ona satysfakcji a na powrót do drugiej nie będzie już szans/czasu/warunków?

Czas płynie a ja stojąc jak ten osioł przed żłobem nie mogę się zdecydować czy owies czy siano. Czy wyjść na łąkę do świeżej trawy. A jeśli tam jest teraz zima i spotka mnie śmierć? Chowam się więc w kąt, kulę pod ostrzałem oskarżycielskich i pełnych pretensji słów, zamykam oczy i czekam aż to wszystko się skończy a ślepy los zadecyduje za mnie.

Tylko, że tak nie można…

- – -

Od dziecka marzyłam o domu z ogrodem. Dużym. I psie i gromadce dzieci. I spokoju. Taki standardzik. Na dom trzeba mieć pieniądze. O tym też marzyłam. Żeby robić coś, co będzie sprawiało mi przyjemność a jednocześnie przynosiło finansową satysfakcję. Tylko co to może być? Nie mam najmniejszego pojęcia… Kolejnym problemem jest – gdzie ten dom ma być. W marzeniach pojawiały się odległe krainy – Kanada, Finlandia, Irlandia i te zupełnie bliższe miejsca, tu w kraju. Ale jak dokonać wyboru? Przecież taki wybór to na bardzo wiele lat. A tyle możliwości! A dzieci? Kiedy czas na dzieci? Nie oszukujmy się, ale gdy się ma dzieci w planach to nie można tych planów w nieskończoność odkładać, zwłaszcza, gdy wie się, że może nie być to takie proste. I właśnie – kiedy będzie ten odpowiedni moment? Nie tyle dla organizmu co dla całego życia? Dla planów, nadziei, celów? A może lepiej jest odłożyć trochę pieniędzy i podróżować? Przecież świat jest tak piękny, tak czeka. Wystarczy naprawdę niewiele, by móc objechać pół świata. Wystarczy trochę odwagi. A tej notorycznie brakuje. Gdy człowiek ma problemy nawet z telefonem w urzędowej sprawie to co tu mówić o obcych krajach, których kultura i poziom życia znacznie odbiega od naszego a i porozumieć można się jedynie machając rękami? Ale przecież tyle jest poradników, tyle ludzi już to zrobiło, że to musi być możliwe. Tylko nie teraz, bo nie ma pieniędzy, doświadczenia, odwagi. Tylko, że jeśli nie teraz to kiedy? Bo przecież dzieci i dom i stabilność na przyszłe lata. I koty. Marzenie z dzieciństwa. Spełnione a tak ograniczające. Co z nimi, jeśli wyjechać np na rok? …

- – -

Tyle sprzeczności, tyle różnych dróg, opcji, trudnych wyborów. Jak to jest, że niektórzy ludzie tak po prostu wiedzą, czego oczekują od życia a mi jest tak ciężko? Jak osioł stoję nad tym żłobem i mam wrażenie, że lepiej będzie z głodu zdechnąć, niż dokonać wyboru, bo może okaże się zły i u kresu dni usiądę nad rzeką i wypłaczę morze łez, że zmarnowałam to jedno jedyne życie. I nie mówcie mi, że to myślenie jest głupie. Przecież wiem. Tylko, że nie mam siły, by się pozbierać. Po prostu nie mam. Choć może tego nie rozumiecie…

O myśliwych, schaboszczakach i trofeach kłusownika

Leśniczy ustrzelił dziś dzika. Niedużego, koło 60 kg. Stado zrobiło się duże, podchodziło do domostw, niszczyło nasze uprawy leśne i wyrywało sadzonki. O ile potrafię zrozumieć wykopywanie zasianych żołędzi, którymi dziki się żywią o tyle wykopywanie sadzonek to chyba czysta złośliwość… Łowczy miejski otworzył odłownię, wyłożył pokarm ale dziczki mają go głęboko. Wydał więc pozwolenie na odstrzał jednego osobnika.

Piszę nie po to, by pochwalić, lecz poruszona artykułami w jednym czasopiśmie, dodać swój głos do dyskusji.

Zanim podniosą larum przeciwnicy polowania i myśliwych zadam takie małe pytanko: Czy wolałbyś żyć sobie kilka lat w lesie, w miarę w spokoju, ze swoim stadkiem. Spłodzić/odchować kilka warchlaczków. Wędrować po rozległych przestrzeniach, sypiać gdzie chcesz, jeść co znajdziesz. I zginąć nagle, w wieku kilku lat, nieświadomym, nie spodziewającym się niczego, od jednego postrzału dobrego myśliwego? Czy może być jedną z 25 mln świń rocznie idących na rzeź w hodowlach przemysłowych? Rodzisz się w ciasnym pomieszczeniu, w hałasie innych świń. Twoja rola polega na jedzeniu. Jedzeniu i spaniu i znowu jedzeniu. Gdy już opchasz się mlekiem matki dostajesz własne lokum. Betonowa lub rusztowa podłoga, brak możliwości odwrócenia się, a co dopiero pobiegania sobie. Smród, hałas, jedzenie i jedzenie i jedzenie. Usunęli Ci ogon i kły, żebyś się nie ranił. Gdy osiągasz odpowiednią wagę jesteś z braćmi prowadzony na rzeź. Słyszysz już ten kwik przerażenia, zaczynasz się bać. Taśmowo, niemal na oczach następnych świń twoi bracia rażeni są prądem. Czasem nie umierają od razu a dopiero przy wstępnej obróbce. I nigdy nie widzieć słońca?

To jedno. A drugie – lubisz schaboszczaka? Wędlinkę? Mielonego, skwarki, paróweczki, schabik, karkóweczkę? Pieczonego kurczaka? Szaszłyczek? Pasztecik? A i pewnie kiełbaska z dzika bardzo Ci smakowała? To o co ten cały szum?

Sprawa oczywiście nie dotyczy wegetarian, choć i tu mogłabym się spierać. Wszak mleko od krowy powstaje dlatego, że się ocieliła i to ciele pić to mleko powinno. A dostaje je człowiek. A ciele? No cóż. Cielęcinka smakowita. A i jaja kury nioski znoszą często w przegęszczonych klatkach bez możliwości ruchu. I bez słońca… Ale ale, są tacy, co same płody ziemi spożywają. I niech im zdrowie dopisuje. Oby tylko nie nosili skórzanych butów a na szyi wisiorka na rzemyku…

O nie nie, nie mówię tu, że polowanie jest cacy, super, mega i w ogóle. Ale z pewnością jest dużo bardziej humanitarne niż przemysłowe hodowle. Oczywiście polowanie a nie kłusownictwo. Jeden celny i skuteczny strzał a nie męczenie zwierzyny we wnykach. Nie namawiam też do zrezygnowania z mięsa. Bo to łatwe nie jest a i człowiek (imho) mięsa do życia raczej potrzebuje. Moim celem jest zwrócenie uwagi na wielopłaszczyznowość tego zagadnienia. Na to, by zagorzały przeciwnik myślistwa nie pomstował nad „głupimi mordercami” znad talerza z kotletem…

A jeśli kogoś nie rusza opowieść o śwince to przez las na granicy Dąbia i Kijewa można dojść do ogrodzenia hodowli świń i posłuchać zbiorowego kwiku. Choć nieco z daleka to jednak wyraźnie i w pamięć zapada. I tylko potem brakuje determinacji i siły (oraz niestety funduszy), by szukać mięsa z wolnego chowu na świeżym powietrzu…

I jeszcze parę słów o kłusownikach. Bo okrucieństwem jest skazywać zwierzę na wielogodzinne (czasem i wielodniowe) męczarnie we wnykach. Duszenie się lub wyrywanie kończyn z żelaznego uścisku. Ale kłusownictwo to nie tylko wnyki. To również wtedy, gdy myśliwy odstrzeli więcej zwierzyny niż wykazywał plan, inne zwierze niż dostał zezwolenie, zwierzaka, który ma okres ochronny bądź tak fatalnie wykona strzał, że postrzałek pogna w siną dal i będzie umierać powoli w ukryciu. Kłusownik zadziałał też dziś w nocy w Dąbiu. Z psem napadł na sarnę, która od kilku dni tkwiła uwięziona na uprawie leśnej nie mogąc trafić do wyjścia. Dziś leśniczy miał ją uwolnić lub odstrzelić, gdyby nie miała już szans na dojście do siebie. Ale nie zdążył. Znalazł tylko ciało bez głowy. A tajemniczy pseudomyśliwy wypatroszy łepek, spreparuje i powiesi dumnie „trofeum” nad kominkiem. Brawo.

Przepraszam, że tak chaotycznie to wszystko…

Idzie lasem Pani Jesień…

Już lato odeszło i kwiaty przekwitły,
A jeszcze coś w polu się mieni.
To w polu i w lesie czerwienią się spójrzcie
Korale, korale jesieni.

Gdyby zapytać o to, jaką porę roku lubi się najbardziej, to zapewne większa część społeczeństwa odpowie zgodnie, że lato lub wiosnę. Jakaś tam część powie, że zima* a ja od zawsze mówię, że jesień.

Wiosna jest taka romantyczna. Pojawiają się liście zielone niosąc nadzieję. Odradza się przyroda. Kwitną kwiaty, każdego dnia więcej jest słońca. Jest pięknie. Lato przynosi wakacje, słońce, góry. Wciąż jeszcze kojarzy mi się z odpoczynkiem i wakacjami. Zimą bywa przepiękny śnieg, są święta i nowy rok. Jest cicho, można odetchnąć. Ale mimo to, dla mnie najważniejsza jest jesień.

Idzie lasem Pani Jesień,
jarzębinę w koszu niesie.
Daj korali nam troszeczkę,
nawleczemy na niteczkę.

Urodziłam się jesienią. Tak jak moja Mama i Tata i siostra (no, powiedzmy, że prawie). Tylko brat się nieco pośpieszył**. Gdy zaczynały spadać kasztany, wiedziałam, że już niedługo będą prezenty;-). Jesienną porą swoje urodziny obchodzą również Adam i Anula. I jeszcze Marek i Ola, moja duchowa licealna siostra i parę innych ważnych osób, również z rodziny. Jesienią urodził się też M. Coś w tym wszystkim być musi…

Jesienią liście mienią się barwami natury. Jesienią las zmienia się najbardziej. Jesień to czas, gdy widzę najwyraźniej, że przyroda żyje. Paradoks? Zdecydowanie nie. Dzikie jabłonie i grusze kuszą swoimi owocami. Jesienią przynosiłam do domu reklamówki pełne kolczastych kasztanów***. Żołędzie, buczyna, kasztany i jarzębina. Przyroda zasiewa swoje dzieci. Co tam delikatne nasiona brzozy czy topoli, które sieją się wszędzie i jeszcze tego samego roku wschodzą lekko i zachwaszczają polany. Tu trwał wysiłek całe lato, by jesienią radośnie pacnąć owocem, nasionem o pachnącą deszczem ziemię. Zagłębić się i przeczekać zimę, by wiosną rozpocząć nowe życie. Gdy tak chodzę w czasie pracy po lesie i słyszę jak wokoło, kołysane wiatrem ciężkie gałęzie, zrzucają swoje dzieci a one delikatnie stukają o liście poniżej i bęc na ziemię. Wieje wiatr, po niebie pędzą szarawe chmury, a czasem tak pięknie grzeje słonko. Wszystkie kolory liści tańczą w powietrzu. Chodzę sama i nie, nie nudzę się. Chłonę całą sobą. Jestem u siebie, jestem cała w jesieni…

Włożymy korale, korale czerwone
i biegać będziemy po lesie.
Będziemy śpiewali piosenkę jesienną
niech echo daleko ją niesie.

I już rozumiem, dlaczego tak mocno, w środku siebie czuję, że te najważniejsze chwile a pośród nich ta jedna, musi wydarzyć się jesienią. Inaczej będzie pięknie, ale to nie będzie jesień, to nie będę ja… ‘

Idzie lasem Pani Jesień ….


* Jak ciekawie kształtują się stosunki ludzkie wobec zimy. Będąc małym dzieckiem zimę uwielbiałam. Przynosiła śnieg, święta, nowy rok. A potem poszłam do szkoły. Zima stała się najgorszym okresem w roku. Im więcej było śniegu tym bardziej nie lubiłam zimy. Bo chłopaki byli bezlitośni, śnieg szczypał w twarz a na głowie siniały siniaki od zlodzonych kulek… Pamiętam dzień triumfu, gdy pomyślałam, że zima nie jest taka zła. Zebrałyśmy się w większą grupę i zemściłyśmy się na takim jednym, który zalazł nam za skórę. Długo się odgrażał, ale tego już tak dobrze nie pamiętam, jak tego, gdy stanęłyśmy nad nim, leżącym, obolałym, utytłanym w śniegu od góry do dołu, pokonanym. To było coś… A potem skończyłam podstawówkę i znów uwierzyłam w magię zimy. Pamiętam jedną zimę, gdy z Anią zwagarowałyśmy z dwóch pierwszych angielskich wybierając robienie orzełków na Wałach ;-).

**A mógłby zahaczyć o późne lato lub wczesną jesień. W sumie to nie wiem. Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że nigdy nie spytałam ile się pośpieszył…

*** Które potem z trudem łupałam w domu, by bawić się nimi trochę a z nadejściem zimy zapakować w worek i zostawić za łóżkiem. Wiosną pachniały wilgocią i były tak smutno pomarszczone… Najpiękniejsze kasztany są tuż po wyjęciu z łupiny. Takie zimne, błyszczące, o przepięknych kolorach. I ten zapach…

Witaj przybyszu

shenn

Nie ważne skąd przybywasz i dokąd zmierzasz. Trafiłeś tu do mnie, więc zostań chwilę, ogrzej się, odpocznij. Mam nadzieję, że Ci się spodoba i zostawisz odrobinę siebie.
.
It's like ten thousand spoons when all you need is a knife...
.
But I'm still standing better than I ever did, looking like a true survivor, feeling like a little kid...

.
Czuję się, jakbym miała 10 lat mniej, jakby czas zbyt szybko biegł i gubił mnie gdzieś po drodze. Mam swoje pasje, które utrzymują mnie jakoś na powierzchni, choć nie zawsze mam na nie czas. Zjada mi go często moje małe uzależnienie od sieci. Chwilowo znajduję się na kolejnym rozdrożu i kalkuluję, co mi więcej da, choć pewnie i tak życie zrewiduje wszystkie plany. Podobno ludzie mnie lubią. Zupełnie nie wiem za co.
.
shenn
.

Kalendarz

Maj 2012
P W Ś C P S N
« kwi    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Kategorie

Archiwum