Łabędzie skrzydła
Rano przeglądałam ofertę Falcka w Szczecinie* i rzuciła mi się w oczy kategoria „psycholog”. Pomyślałam, że bez sensu, bo choć jeszcze jakiś czas temu nosiłam się z zamiarem, to jednak przecież już się dobrze czuję.
Ale to nie tak.
Różne dzisiejsze wydarzenia, słowa A. i moje własne podprysznicowe zamyślenia mówią co innego. Jest tak wiele rzeczy, które muszę zrobić. Tak wiele rzeczy, które powinnam. I tak bardzo wiele tych, które chciałabym zrobić. Ale robię zaledwie promil i to tych, które powinnam, bo inaczej „świat się zawali”, albo akurat miałam nastrój. Resztę czasu marnuję. Nie nie, nawet nie marnuję. Ja mam poczucie, że go NIE MAM. Że poza pracą i paroma sprawami nie mam czasu na nic. A przecież to obiektywnie nie jest prawdą. Obiektywnie. Dzień mija za dniem, ja się starzeję i nic z tego nie mam. Tak źle było już od kiedy byłam bezrobotna (o ile nie wcześniej). Wtedy było o tyle gorzej, że miałam tego czasu full i robiłam NIC. Myślę, że to, co się działo rok temu, było blisko depresji, jeśli nie jej początkiem. Potem pojawiła się praca, jedna, druga i wreszcie umowa na cały etat. Och, jaka wspaniała wymówka – nowa praca, nowe obowiązki, nowe stresy. Potem nowe miejsce z większą ilością pracy i obowiązków. No przecież jestem taka zmęczona, taka zajęta, zestresowana. Ale halo, mamy już maj! Boże, kiedy to się stało? A ja ciągle nic. Jakieś małe przebłyski, szybko wypalające się ździebełka. I dalej nic nic nic… Chowam się za płaszczykiem pracy, zmęczenia, zajętości i marzeń o lepszym życiu. Marzeń marzeń. Czuję się wyzuta z życia, jak to porzucone ciało w lesie**, z którego schodzi naskórek, w którym rozwijają się larwy, które coraz mniej przypomina człowieka ale z pleców wciąż sterczą mu skrzydła łabędzia, którym może kiedyś było…
Przed czym ja uciekam? Przed czym się chowam?
A może to nie tak…
—
* co było efektem historii, która spowodowała moje poranne wkurzenie, łzy i zły nastrój na cały dzień, ale to może kiedy indziej…
** „Chemia śmierci” Simon Beckett
Z głębokości wołam
Na razie tak będzie. Szarości, pustka. Jak we mnie. I tylko nie wiem, co tam na górze robi „carpe diem”, skoro od dawna już nie aktualne, że życie przecieka przez palce. Niby życie do przodu, niby nowe sprawy, rzeczy, historie, a jednak coraz bardziej w tyle. Niby się chce coś robić, niby nowe pomysły, ale ta niemoc coraz większa i nie pozwala na nic. I tylko wieczorami dobija świadomość, że kolejny dzień za mną, dzień, z którego nic nie wynikło. Kolejne przegrane sprawy. Czasem usprawiedliwiam się, że przecież tyle pracy i nie ma na nic czasu, ale jak tylko czas będzie to… Ale teraz mam trochę czasu i nic się nie zmienia. Tak ogólnie mam wrażenie, że od dawna nic się nie dzieje. Że wszystko, co miało być, już było. Że teraz już tylko jakoś przeczekać, byle do jutra i do jutra i do jutra. Boję się marzyć, bo nie zasługuję na spełnienie. Boję się, że im bardziej się zaangażuję tym bardziej będzie bolało „nie”. Boję się podejmować decyzje, bo i tak będą złe, bo się nie znam i za tępa jestem, by się poznać. Więc nie umiem, więc pytam, więc się złoszczę. Lepiej przeczekać, nie szaleć, jakoś to będzie. Wiem wiem, że przecież to nie tak, tylko inaczej, że można, że trzeba, że należy to, siamto, owamto. Wiem, ale co z tego? To tylko puste słowa, teorie a życie gdzieś sobie poszło. Zresztą, nie wiem, po co to piszę, skoro i tak wszyscy będą wiedzieć lepiej.
Żyć pomimo przeciwności
i cieszyć się tym życiem. Brać przykład z kociaka ;)
Zawiedzione nadzieje
Czarodziejka zasiadła przy swym sekretarzyku (tak tak, czarodziejki też mają sekretarzyki, zawalone papierami i tajemniczymi miksturami, futerkami wiewiórek i pękami ziół…), wzięła kota na kolana i zadumała się. Już wkrótce Święto Wolności – dzień, w którym reprezentanci plebsu mogą dokonać wyboru nowego Króla i jego świty. Dzień, w którym poprzedni Król i jego świta muszą zdać sprawozdanie ze swojej działalności.
Wybór Króla był prosty. Według Czarodziejki niewiele było osób zdolnych choć trochę zaszkodzić kandydaturze obecnego Króla. Czarodziejkę martwiła jej osoba. Czarodziejka nie sprawdziła się w swej roli. Zaniedbała swoje obowiązki. Nie wykazała się. W zasadzie niczym. Zawiodła pokładane w niej nadzieje. I to było najsmutniejsze… Wcale nie to, że będzie musiała zwrócić srebrną szarfę. Nawet nie to, że być może Lord Władzemord zada jej kilka trudnych pytań (choć tego bardzo się obawiała). A właśnie to, że tak naprawdę nie dorasta do pięt wyobrażeniu, które inni mają o niej. I zawodzi. Każdego…
Czarodziejka, ogarnięta smutkiem, westchnęła i zabrała się do przeglądania pergaminów dotyczących Święta.
Be a kid again
Porządkuję dyski, znajduję różne głupoty. Wśród nich parę rad, by znów stać się dzieckiem. Najbardziej urzekające:
- Walk barefoot in wet grass
- Step carefully over sidewalk cracks
- Kiss a frog, just in case
- Have someone read you a story
- Find some pretty stones and save them
- Make cool screeching noises every time you turn a corner
- Give yourself a gold star for everything you do today
Czas wprowadzić w życie, choć na chwilę. Może to nas uratuje.
Ostatnie komentarze