Nauka latania, czyli jak nauczyłam się jeździć na rowerze
[tekst popełniony "w try miga" niedawno na pewien konkurs]
„Nauka latania, czyli jak nauczyłam się jeździć na rowerze”
Czas:
początek podstawówki, pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych
Miejsce:
sypialnia mojego miasta, blokowisko z zadziwiająco dużą ilością przestrzeni, liczne chodniki i drogi wewnętrzne, wciąż jeszcze z niewielką ilością samochodów
Osoby dramatu:
ja – chuda, nieśmiała dziewczynka, o blond włosach zaczesanych do tyłu i niesprecyzowanych planach na życie
mój Tato – poważny pan dyrektor, z Dużym Brzuszkiem, Małą Cierpliwością oraz Ogromnymi Oczekiwaniami Wobec Swojego Najstarszego Dziecka
Rower – stary, czerwony składak, wyciągnięty chyba z garażu Dziadka, zdecydowanie nie dziecinny
Kij – Kluczowy Bohater, bez niego nic nie byłoby tak jak było
Przebieg:
1.Kółka są dla mięczaków
Pewnego słonecznego dnia Tato rzekł – Oto Rower. Dziś nauczę cię jeździć. – Postawiona przed faktem zgodziłam się ochoczo i nie przeczuwając konsekwencji swojej zgody ruszyłam dziarsko za Tatą niosącym Rower i Kij. Tato wychodził z założenia, że boczne kółka są dla mięczaków. To znaczy mięczakami byli tatusiowie, którzy nie potrafiąc nauczyć dzieci swych utrzymywania równowagi, wymigiwali się kółeczkami. Zresztą może chodziło o trudność w sfabrykowaniu kółeczek i przytwierdzeniu ich? Nie nie, na pewno chodziło o mięczaków.
2.Dosiąść żyrafy
W każdym razie znaleźliśmy się na słonecznym podwórku. Ja, Tata, Rower i Kij. Wszystko nam sprzyjało. Kij został zatknięty w odpowiednim miejscu, siodełko dopasowane. W tym momencie pojawił się Problem nr 1. Otóż Tato mój hołdował zasadzie mówiącej iż pedałów należy dotykać zaledwie palcami przy wyprostowanych nogach. Proces wsiadania na taką żyrafę był trudny i długotrwały.
3.Nauka latania
Gdy w końcu dosiadłam żyrafy rozpoczęła się zabawa. Rower wierzgał pode mną niczym rumak, wiatr krzyżował szyki i przekręcał kierownicę, Kij sprawiał wrażenie, że wcale mu się ta zabawa nie podoba a ja nie wiedziałam czy mam otworzyć oczy i patrzeć, co się dzieje, czy może jednak zamknąć i starać się pedałować. Zaś Tato mój, poważny pan dyrektor, odziany w T-shirt opinający jego Brzuszysko, pędził za nami tracąc cierpliwość w zastraszającym tempie. Miałam dziwne wrażenie, że z tego pędu zaraz uniesie się ponad ziemię i pofrunie gdzieś między chmury a echo przyniesie jego słowa „trzymaj równowagę! pedałuj! kierownica, prostuj kierownicę! nie zamykaj oczu! prosto, nie skręcaj!”.
4.Wiatr we włosach
Tato nie odleciał jednak – brzuch trzymał go mocno na ziemi. Nie pamiętam, jak długo to trwało – parę godzin, czy parę dni. Pamiętam, że w pewnej chwili Kij wyrwał się Tacie z ręki a Rower poniósł mnie w dal. I to była jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia :).
Kilka ciekawych linków ~9
Nazbierało się przez ostatni czas linków do podzielenia się. Doszło do tego, że najlepiej byłoby podzielić je tematycznie… Zapraszam.
BLOGI
cloudy – lektura jej bloga uratowała mnie kilkukrotnie od wielkiej nudy w pracy i od towarzystwa przemiłego, lecz uciążliwego sąsiada Henia. I mimo, że często zupełnie nie rozumiem o co chodzi, to lubię zaglądać do historycznych wpisów.
strefa sejsmiczna – pioanka pisze o swoich zmaganiach z życiem z dwójką niepełnosprawnych dzieci. Notki pełne optymizmu. Podziwiam.
cienista dolina – mądre przemyślenia na życiowe tematy. Pisze żona byłego księdza, ale czy to ma jakieś znaczenie? Podziwiam za wytrwałość i gorliwość wiary. I mądrość.
niezapomnienie – jak wielki jest ból matki, której dziecko ginie w wypadku? Tego się nie da opowiedzieć, ale można dzielić się swoimi myślami, dzięki czemu jest łatwiej. Chyba.
yongpadre – zwykły blog pewnego księdza. Zapiski z życia, krótkie przemyślenia.
ks Wojciech – refleksje księdza na przeróżne tematy. Między innymi notka, o której już kiedyś wspominałam.
hiper-market – pracownik hipermarketu czyli nasze zakupy od innej strony. Zabawnie.
w dobie kryzysu – świetny pomysł na bloga i na przetrwanie. Szkoda, że tak mało się na nim dzieje. Może jednak kogoś zainspiruje?
KOMPUTEROWE / INTERNETOWE
blip labs – aby blipowało się łatwiej ;-)
ccleaner – świetny program do oczyszczania komputera ze śmieci. Uwaga – ostrożnie wybierać elementy do usunięcia, żeby nie było płaczu! Potrafi ładnie zwolnić miejsce na dyskach.
ROWEROWE
baza rowerów – cyt.: to dodatkowe darmowe zabezpieczenie Twojego roweru. Numer seryjny (numer ramy), który tutaj rejestrujesz jest unikatowy, ma go tylko Twój rower. Nasza baza łączy ten numer z Twoim adresem e-mail. Nie ochronimy Cię przed kradzieżą, ale jeżeli padniesz jej ofiarą dzięki rejestracji w BazieRowerów masz większe szanse na odzyskanie swojej własności.
historia rowerów – i ubrań dla rowerzystów na stronie holenderskiego muzeum
galeria różniastych przedmiotów nawiązujących bezpośrednio lub i pośrednio do rowerów.
KOTY
mieze katzen – przesłodkie zdjęcia prześlicznych kotów :-)
catio – cat + patio = catio, czyli jak zbudować patio bezpieczne dla kotów, by mogły razem z nami (lub samodzielnie) przebywać na świeżym powietrzu i poszerzać swoje horyzonty:-) Jak tylko kiedyś będę mieć swój własny domek z ogrodem…
kot doskonały – kolejny świetny blog o kotach:-)
habitat haven – firma produkująca elementy w stylu wyżej wspomnianego catio – do własnego składania. Inspirujące, zwłaszcza w połączeniu z ww stronką.
KOTY I KOMPUTERY ;-)
PawSense – program, który uratuje Twój komputer przed nieprzewidywalnymi efektami spaceru Twojego kota po Twojej klawiaturze. Ciekawa idea, zwłaszcza dla kogoś, kto ma 20 dolców na zakup programu. A szkoda…
WNĘTRZA I MAJSTERKOWANIE
ikea hacker – czyli jak można ulepszyć meble z ikea? Świetne i proste pomysły do wykonania własnymi rękami. Najważniejsze, że już przetestowane;-)
apartment therapy – jeden ze znanych blogów o wnętrzach. Dużo wszystkiego. Czasem można znaleźć perełkę.
jake and karen – opowiadają o swoim domu, o urządzaniu przytulnego gniazdka rodzinnego pokój po pokoju. Inspirujące.
home design find – kolejny ze znanych designerskich blogów o wnętrzach. Mniej bałaganu, łatwiej o perełkę.
Philips Living Colors – lampka, którą muszę mieć! (a do tego pomalowane na biało wnętrze;] ).
energy star @ home – czyli w jaki sposób oszczędzać energię – proste sposoby przedstawione w bardzo przystępny sposób – „wchodzisz” do wybranego pomieszczenia i już wszystko wiesz.
younghouselove – kolejne małżeństwo o urządzaniu swojego domu. Świetna galeria porównawcza „przed” i „po”. Chcieć móc kiedyś stworzyć takie porównanie…
art of wall – fototapety i naklejki na ścianę jako nowy trend we wnętrzach
KWIATY
kocham kwiaty – strona o kwiatach ciętych, doniczkowych i ogrodowych. Zdjęcia, opisy, poczta kwiatowa.
zakwitnij – blog florystyczny. Przepiękne kompozycje, rewelacyjne pomysły, wspaniałe zdjęcia.
PRZEPISY DO ZAPAMIĘTANIA
ciasteczka paszowe – te już zrobiłam, jeszcze o nich napiszę:-)
Kuchnia Agaty – przeróżne przepisy do przejrzenia. Oczywiście wszystkie sprawdzone na żywo, więc w teorii wysoce udawalne;-)
PORADNIKI
internetowy poradnik renowacji mebli – marzę, by kiedyś się w to pobawić
mały podróżnik – czyli jak podróżować z dziećmi, zwłaszcza za granicą i jeszcze dalej – na podstawie własnych doświadczeń pewnej odważnej rodziny:-)
RÓŻNE RÓŻNOŚCI
ho-lo – niesamowite torby miejskie z odzysku! Kiedyś jedną sobie sprawię. Koniecznie!
życie miodem słodzone – strona o miodzie. Brakuje mi tam jednak informacji o zdrowotnych właściwościach miodu…
zoo borns – czyli maleństwa urodzone w zoo. Słodkie zdjęcia maluszków i ich historie.
chords – jedna ze stron z chwytami i tabulaturami na gitarę.
2 future – gadżety, prezenty, nowinki technologiczne, czyli kolejny sklep w klimacie Toys4Boys, choć jednak nieco odmienny.
wstań z kanapy – czyli program „Od kanapy do 5-cio kilometrowego biegu w ciągu 9 tygodni”. Bieganie nigdy mnie nie pociągało, ale może komuś się przyda.
rowery stylowe – sklep, jaki kiedyś sama chciałam założyć – z rowerami starymi, stylizowanymi i akcesoriami.
PRZYDATNE!
interpretacja wyników badań krwi i moczu
Elektroniczna Biblioteka Polskich Norm
—
To tyle na dziś. Niedługo kolejna porcja, bo sporo mi tego zalega po zakładkach…
Przydało Wam się coś z mojego zbioru? ;-)
Czasami trzeba sobie pogadać o różnych głupotach
Smażę właśnie placki ziemniaczane. Niestety nie mamy tarki, więc pyry przeszły przez blender (dwustopniowo). Cebuli też nie znalazłam w lodówce, więc dodałam kostkę smaku cebulowego. Do tego okazało się, że mało tego, dlatego wlałam kapkę mleka i dodałam więcej mąki. Placki da się zjeść, ale jakieś takie… mdłe i bez duszy. Nie to, co kilogram ziemniaków utarty własnoręcznie na tarce, przy okazji ścierając sobie skórę do krwi z braku uwagi. Nie to, co utarta ze łzami w oczach duża cebula. To są porządne placki ziemniaczane a nie taki półproduktowy szmelc na szybko… To samo jest z ciastami z torebki. Niby te same składniki, niby szybciej a smak jakiś nie taki. Żyjemy coraz szybciej, więc mamy mniej czasu na gotowanie, dlatego kupujemy (prawie) gotowe produkty i żywimy się coraz większą bylejakością… Ale jakoś tak ciężko przestać, prawda? A najlepsze placki ziemniaczane robi moja Mama… (i pierogi i zupę owocową i ciasto z kruszonką i inne ciasta i wszelkie pieczenie i zupy itp itd i tylko ja robię lepszą rybę w panierce;-) ).
*
Zmieniłam promotora. Jeszcze nieformalnie, bo pan dr postanowił nadal biernie utrudniać mi życie i zgodę napisze dopiero w połowie sierpnia… Ale co tam, dam radę. Pani prof to kobieta o wielkim sercu i jeśli tylko uda mi się w końcu wziąć za siebie to wiem, że na niej się nie zawiodę.
Zmieniłam promotora, bo to jedyna rzecz, jaka przyszła mi do głowy, która dałaby mi siłę, by skończyć tę cholerną pracę. Wywołałam tym faktem niemałe zamieszanie, bo ani pani prof, ani pani dziekan a nawet pani z dziekanatu nie spotkały się wcześniej z przypadkiem, gdy student skreślony z listy chce zmienić promotora. Musiały się pogłowić, jak sprawę rozwiązać. No cóż, zawsze lubiłam wymyślać nowe problemy;-). Rozwiązanie się znalazło ale sprawa nie skończyła się pokojowo… Żeby zmienić promotora musiałam oczywiście porozmawiać z prof, na którą chciałam zmienić a która jest jednocześnie kierownikiem katedry, w której pracuje dr. Powiedziałam, że jestem zawiedziona współpracą, że ciężko z dr się umówić, nigdy nie sprawdził mi mojej pracy (i do tego jestem w 100% pewna, że z jednego przedmiotu żadnej mojej pracy też nie, po czym wystawił mi ocenę, w moim mniemaniu niższą, niż zasługiwałam, ale to już inna historia…) a gdy obiecał znaleźć wzory na wiek drzew również zawiódł i to niejednokrotnie. Pani prof pokiwała głową ze zrozumieniem. Problemy z dr są powszechnie znane i ostrzegano mnie, jednak byłam pewna, że ogarnę tę kuwetę… Nie dałam rady. Do tego najdalej kilka dni wcześniej pani prof ściągała telefonicznie dr z urlopu, bo nie zrobił wpisów w indeksach… Prof rzekła, że porozmawia z panią dziekan, jednak następnego dnia też powinnam się do niej udać. Tak też uczyniłam. Powtórzyłam pani dziekan powody, dla których chcę zmienić promotora. Zgodziła się, poleciła zdobyć zgodę pisemną od dr i zaleciła, bym szybciutko skończyła, bo jesienią zmieniają się przepisy. Tegoż samego dnia, po wielu próbach, udało mi się dodzwonić do dr. Dodam, że żaden student nigdy nie dostał nr tel do dr. Jak już uprosił dostawał nr do apteki, w której pracuje szanowna małżonka… Ja dostałam nr od pani prof. Przedstawiłam się, wyjaśniłam, że chcę zmienić promotora, gdyż chcę się obronić przed zmianą przepisów a pan dr jest teraz nieosiągalny. Chciałam dobrze i łagodnie a w zamian usłyszałam gorzkie słowa. Okazało się, że poprzedniego dnia, pani dziekan, po rozmowie z prof, zadzwoniła do dr i ochrzaniła go za to, że jest nieosiągalny, na co dr mi rzekł, że przecież parę dni temu był na uczelni (hahaha) i jest to niepoważne z mojej strony, jeśli oczywiście to ja byłam powodem tego telefonu, że tak go oskarżyłam. Niezwykle dotknięty tym, że pani dziekan zwróciła mu uwagę, wylał swoje żale na mnie. Sprawa niesprawdzania kolejnych etapów prac została przemilczana. Na koniec rzekł, że zgodzi się, jednak nie będzie się fatygował i podpisze mi zgodę dopiero jak wróci z urlopu czyli w połowie sierpnia, jak nie później.
Pani prof po krótkiej relacji z tej rozmowy westchnęła głęboko i poprosiła o przesłanie jej tego, co mam, żeby mogła się zapoznać i podpowiedzieć co dalej a ja mam się brać ostro do roboty. To się biorę…
*
Zbyt łatwo się denerwuję, zbyt szybko puszczają mi nerwy. Denerwuję się o głupoty, niewspółmiernie bardzo wobec skali problemu. Za długo trwam w gniewie. Krzyczę i mam wielkie pretensje. I tak już od dłuższego czasu, ostatnio chyba mocniej. I nie wiem, czy wyniosłam taki wzorzec zachowania z domu, czy mam problemy z kortyzolem na przykład (albo jakimś innym hormonem) a może to jakieś stany depresyjne, czy coś? Bo do tego często nie mam ochoty na nic, nie widzę sensu i nadziei na przyszłość. Po prostu trwam sobie tak bezosobowo i bez emocji. Nie nie, nie jest to stan permanentny, nie trwa 24/7. Ale często. Zdecydowanie za często…
*
Ludzie lubią się zamartwiać. Martwią się o przeróżne rzeczy, ale jedno jest takie same – martwią się ciągle. Martwią się o pieniądze, a gdy pieniądze sa, to martwią się, że trochę za mało. Martwią się o pracę, gdy już jest, martwią się o lepszą. Gdy już nie ma się o co martwić, zawsze znajdzie się następna sprawa. Zawsze można się martwić o innych. I tak wszyscy zamartwiają się ochoczo. Ciekawe, czy jest to człowiekowi potrzebne, by zaprzątać sobie czymś umysł ciągle?
Sama tak robię. Martwię się o pracę magisterską. Dzień po dniu, mimo, że nikt mi nie wierzy. I szczerze mówiąc to chyba jeden z czynników hamujących moje działania. Bo jak już ją napiszę i obronię to o co będę się martwić? Jak myślę o dniu obrony i dniu następnym to ogarnia mnie pustka i lęk. Co będzie wypełniało moje myśli? Co zamieszka w tej części mózgu odpowiedzialnej za zmartwienia i życie codzienne? Przecież coś tam musi być…
A może nie musi? Tylko jak nad tym zapanować…
*
Chudnę. Nie w oczach, bo czymże są 2kg od zimy? Ale jednak. Nie jestem na diecie, jem to, co wcześniej, czasem się obżeram. Ale jednak zrzuciłam około dwa kilogramy. Co prawda nie z tego, co akurat chciałam, ale przecież nie będę marudzić i znajdę sobie jakiś inny atut ;-). Ano jeżdżę do pracy na rowerze. Kto zna Szczecin, ten wie, że momentami trzeba się wykazać kondycją górala szosowego, by nie stracić równowagi z powodu zbyt małej prędkości… Więc jeżdżę. Wtedy, kiedy mam zmianę na Głęboki, gdy nie bolą mnie kolana i nadgarstki, gdy przed/po pracy nie muszę nic załatwiać. Pogoda ma niewielkie znaczenie, bo gdy pada to i tak do pracy jechać nie muszę. Gorzej, jak muszę wracać w deszczu, ale tego akurat nie da się przewidzieć. Więc jeżdżę sobie moją Contessą, nabijam kilometry (zapraszam na moje bikestats). Podróż w jedną stronę wynosi około 5,6 km i zabiera mi około 20 minut. Po drodze mam dwa spore podjazdy, jeden po drugim (można by rzec, że to jeden podjazd przerwany ulicą poprzeczną). W upale wlokłam się na nich ledwo ledwo na przełożeniu 1:2, ale zazwyczaj jakoś daję radę. Droga powrotna to również około 20 minut, przy czym poza odcinkiem wzdłuż Wojska Polskiego, zupełnie innymi drogami. Primo – bo tak łatwiej, secundo – a czemu ma być tak samo? Tutaj też dwa podjazdy, ale oddalone od siebie – ostatni prawie na końcówce. Do tego jeszcze wtargać te kilkanaście kilo na drugie piętro… I kondycja się buduje a zbędne gramy znikają :-).
*
Ludzie mają problemy. Młodzi ludzie mają najczęściej z miłością i pieniędzmi. Czasami dzielą się problemami z innymi ludźmi. Zapominają, że łatwo wtedy zostać przekonanym do innego spojrzenia na problem i innych rozwiązań. Czasem okazuje się, że wcale nie lepszych. I czasem obrywa się tym, z którymi się problemem podzieliło. A przecież za swoje czyny ponosi się odpowiedzialność samemu. Dzieląc się z kimś problemem trzeba mieć na uwadze to, że można zostać przekonanym do innego spojrzenia, czasem lepszego, czasem nie. Ale ta odpowiedzialność spoczywa na nas, bo to my będziemy z tym problemem się rozprawiać, my będziemy podejmować decyzje. Warto o tym pamiętać, bo można stracić swojego wysłuchiwacza problemów.
*
Nie lubię, gdy ktoś ślepo uważa, że ma rację. Wyciąga sobie jakieś wnioski, które idealnie pasują do tego, co chciałby, żeby było. Nie przyjmuje innego zdania, bo przecież inni nie znają szczegółów sytuacji. Na pewno jest tak jak on myśli. Bo przecież nie może być inaczej. Bo ma plan i tak właśnie musi być. I proszę go nie przekonywać.
Nie lubię, gdy ktoś tak myśli, ponieważ, gdy okazuje się, że jest inaczej (często tak jak utrzymywałam ja) zaczynam czuć chorą satysfakcję. Że ten ktoś się przejechał, zdziwił, zszokował. Nie lubię, ale nie umiem się jej pozbyć…
*
Jak przekonać kogoś do łaskawszego spoglądania na swoje hobby? Spróbować go zarazić tym hobby. Adam nieźle sobie z tym radzi. Niegdyś zaraził mnie rowerowaniem. Momentami mam wrażenie, że aktualnie bardziej mnie to rajcuje niż jego… Teraz wrócił do gier komputerowych. Kradziejki czasu wg mnie. Ale zainstalował mi jakiś czas temu Beach Life i co kilka dni wracam do niej. Wciąga, mimo, że od dłuższego czasu nie mogę przejść wyspy nr 8… A dziś dostałam prezent – „World of Goo”. Kupił mi, choć mógł kupić sobie kolejny wymarzony tytuł. Rozczulił mnie tym. Troszkę. Nadal pozostaję nieufna i podejrzliwa;). Teraz ja go muszę czymś zarazić, bo to nie wygląda sprawiedliwie;).
*
I tym pozytywnym akcentem zakończę na dziś moje rozważania. Muszę zajrzeć do gry, żeby ze spokojem posiedzieć wieczorkiem nad pracą. Ciao.
Szanuj wroga swego, możesz mieć gorszego
Rozmawiałam w sobotę ze znajomym. Zechciał mi opowiedzieć, jak to ostatnio bał się o swoje życie. Jechał na rowerze po ścieżce rowerowej wzdłuż pewnej ulicy w Szczecinie, dość znanej w gronie rowerzystów z problemów z zaparkowanymi na niej samochodami. I napotkał na tejże ścieżce zaparkowany samochód. Tutaj wspólny grymas twarzy na myśl o bezmyślności kierowców. I mówi dalej, że odruchowo wyjął klucze (odruchu tego nauczył się jeszcze pracując jako kurier rowerowy) i przejeżdżając wzdłuż samochodu odruchowo porysował jego karoserię. Na mój sprzeciw zbytnio nie zareagował i ciągnął opowieść dalej. Jakieś 30km dalej, już za miastem, drogę zajechał mu samochód (inny). Wysiadło z niego dwóch karków i zaczęło się rzucać. Mocno go postraszyli, zrobili zdjęcie i pojechali. Znajomy powiązał te dwie sprawy ze sobą. Zaczął użalać się nad rowerzystami (głównie nad sobą) i pomstować na kierowców. Odeszłam do swoich spraw z niesmakiem…
Rozumiem frustrację związaną z brakiem możliwości swobodnego korzystania ze ścieżek rowerowych. Zwłaszcza, że w naszym mieście są one zdecydowaną rzadkością a i wysoką jakością często nie grzeszą. Ale po co robić sobie wrogów z kierowców? Rowerzyści, z założenia, powinni koegzystować z samochodami na drodze. Kierowcom w naszym kraju brakuje kultury jazdy, to wiadomo, ale podejmując tak drastyczne kroki tworzymy sobie zaciekłego wroga. Właściciel samochodu spostrzegłszy, że jego samochód (nierzadko jeszcze nie spłacony) został porysowany, wpadnie w szał. Przecież to są koszta, wcale nie małe. A gdy jeszcze ujrzy sprawcę w trakcie wykonywania czynu bardzo łatwo przeleje swą wściekłość na wszystkich rowerzystów na świecie. Później zadziała prawo negatywnych opinii, które roznoszą się kilkukrotnie szybciej niż pozytywne i dużo mocniej zapadają w pamięć. I tak oto dzięki jednemu niemądremu rowerzyście, który nie potrafi powstrzymać swoich emocji, w ciągu kilku dni mamy już kilkunastu wrogów cyklistów… Zastanawiam się też, na ile takie działanie będzie skuteczne i kierowca nie zaparkuje więcej na ścieżce. Szczerze wątpię, że wszyscy skojarzą porysowany lakier z faktem parkowania na ścieżce, bo przecież musieli jej nie zauważyć (albo mieć ją głęboko w d…), żeby na niej zaparkować.
Nie mówię jednak, że nie należy nic robić w tym temacie. Społeczeństwo należy edukować. Docierać do szkół jazdy, by już podczas nauki instruktorzy wyrabiali w potencjalnych kierowcach szacunek do innych użytkowników drogi. Przekonać funkcjonariuszy Policji i Straży Miejskiej o konieczności karania osobników łamiących przepisy. I wiele wiele innych. To długotrwałe działania. Doraźnie proponuję naklejkę. Na przykład taką:

Na dobrym papierze samoprzylepnym, którego nie da się tak łatwo odkleić, przyklejaną do bocznej szyby, z informacją o fakcie zaparkowania na ścieżce rowerowej. Może to bardziej czasochłonne ale nic nie niszczymy. A kierowca podczas męczenia się z odklejaniem może choć przez chwilę się zastanowi.
2008 – podsumowanie
Jako, że tegorocznego sylwestra spędzamy samotnie w domu z powodu choroby (każdy ma swoją, żeby nie było;) ) mamy sporo czasu na rozliczne aktywności. Dlaczego więc nie zrobić sobie krótkiego podsumowania mijającego roku? Początkowo myślałam, że łatwo mi będzie „popłynąć” i opisać miniony rok, ale gdy zaczęłam poplątałam się i pogubiłam wątki… Także niech będzie „+” i „-”.
+
skończyłam studia
kupiłam śliczny i bardzo wygodny rower, zrobiłam na nim 448.66 kilometrów
zainteresowałam się psychologią
otworzyłam próbę na stopień phm
dałam radę na obozie; był 100% lepszy niż zeszłoroczny
brałam udział w przeprowadzeniu fajnego biwaku z MKI
rozpoczęłam pracę z rodzicami i nauczycielami dzieci (na razie przez gazetkę)
po wakacjach zaczęłam z drużyną bardziej angażować się w działania hufca
ukończyłam kurs I pomocy PCK i zdałam egzamin
dałam się wciągnąć do Zespołu Programowego Hufca
pomogliśmy 4 kociakom – dwa przechowaliśmy przez pewien czas, dwóm znaleźliśmy nowe domy
zrobiliśmy trzy domki dla podwórkowych kotów, dokarmialiśmy jednego
miałam wspaniałe wakacje, jedynym brakiem był brak Adama na wyjazdach…
byłam w Bieszczadach! i jeszcze tam wrócę, na pewno
zaczęliśmy planowanie pewnego przełomu życiowego i innych dużych spraw
-
ciągle się nie obroniłam
praca w Komisji Rewizyjnej leży
nie byłam w stanie pomóc jednej harcerce:/
mam wrażenie, że praca w drużynie ciągle jest jakaś jałowa, mimo starań
mimo chęci nie udało mi się wrócić do pracy w RSz
nie wyjechaliśmy nigdzie z Adamem w wakacje
skończyłam 24 lata a wciąż czuję się na sporo mniej…
ciągle nie znalazłam pracy
Rok 2009 zapowiada się przełomowo. Mamy mnóstwo planów wspólnych i osobistych. Oby tylko starczyło czasu i sił na zrealizowanie większości (a może i wszystkich). Wszak w przyszłym roku oboje będziemy świętować ćwierćwiecze swego życia a to już coś…
Ostatnie komentarze