„Wczoraj” buduje nasze „jutro” emocjami
Wczoraj był dzień pełen wrażeń…
Na początku pomęczyłam się solidnie z moim kijaszkiem do proporca. Ktoś rzucił kije na ziemię, ponadto oblepione były czymś klejącym. Przez noc schły po umyciu benzyną, co pomogło w niewielkim stopniu. A rano zabrałam się za wycieranie papierem ściernym i finką brzegów, brudów i klejącej warstwy. Przy akompaniamencie chrumających dzików, które chciały zwrócić na siebie uwagę. Ale to był tylko przedsmak, przystawka, aperitif. W zasadzie nawet nie miał w sobie zbyt wiele emocji. Te miały nadejść później i to dużymi partiami…
*
mamo, nie czytaj dalej…
*
Po pewnym czasie powędrowałam na Kijewo do Thomasów. Przechodząc przez teren PKP (przedzierając się przez plątaninę torów) zobaczyłam człowieczka. Około 50tki, okrągłego, kulejącego i zdecydowanie zagubionego. Doszedł do postawionych na przejeździe starych wagonów i ruszył ścieżką obchodzącą je. Ja wspięłam się na schodki na wagonie, by przejść najkrótszą drogą. Gdy zeskoczyłam po drugiej stronie pan się odezwał i zapytał, czy wiem, gdzie jest tutaj stara strzelnica. Co było kłamać, skoro wiem doskonale? Postanowiłam wskazać panu drogę. I zaczęło się.
Przez całą drogę nawijał. Zaczął od wyjaśnienia kim jest i czemu szuka tej strzelnicy już drugi dzień. Otóż ma powstać wystawa o katowniach regionu szczecińskiego a on jest członkiem klubu fotograficznego. Poważna wystawa, bo pomysłodawcą był prof. Ł. (dzięki Bogu nie dane było mi go poznać jako nauczyciela historii… takie legendy o nim krążą, że hoho). Pan nie przerywając potoku słów zaproponował mi, że pokaże mi kilka swoich zdjęć. Zawsze, gdy spotykam kogoś w lesie, zachowuję ostrożność. A im bardziej ten ktoś zachowuje się dziwnie, tym więcej wątpliwości i krwawych obrazów ze mną w roli głównej wyświetla się w mojej głowie. Otóż tym razem wyświetliły się bardzo sugestywnie, gdy pan otworzył torbę, by sięgnąć po zdjęcia. Na wierzchu leżał sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic, pistolet. Duży, czarny, pistoletowy, wiadomo. I groźny. Też wiadomo. W myślach pożegnałam się z życiem… Pan wyjaśnił, że boi się po lesie chodzić sam i nosi to dla bezpieczeństwa. „Wie pani, taki zwykły, śrutowy” rzekł pokazując mi go z bliska, otwierając magazynek i demonstrując nabój. Mózg mój zamarł… Pan zdjęcia pokazał a grozę sytuacji podnosiła opowieść o celi śmierci w jakimś tam więzieniu. Dodam, że rozmówca mój nie wszedł do tejże celi, gdyż „jest zbyt wrażliwy”… Torba została zapakowana i zamknięta a my ruszyliśmy w stronę strzelnicy.
Przez całą drogę pan nawijał, nawet gdy przez chwilę rozmawiałam przez telefon, a ja szłam przed siebie zastanawiając się, jak tragicznie skończy się ta historia… I wtedy pan wypalił pytanie – czy nie boję się tak sama po lesie chodzić… Szczerze odrzekłam, że owszem, ale co zrobić, taka praca. Dowiedziałam się o jego córce, jedynaczce, która zmarła była parę lat temu na cukrzycę w młodym będąc wieku. Czyżby to był motyw? Dobrze, że zbyt wielu filmów nie widziałam i zbyt wielu książek nie czytałam w tematyce kryminalnej… Byliśmy już blisko. I wtedy z monologu mojego towarzysza (kata?) wyłowiłam perełkę. Co prawda nieco plastikową, ale postaram się przytoczyć w miarę wiernie:
„Bo ja jaki jestem taki jestem ale wierzę w Boga. Jestem wierzący, Jak się w nic nie wierzy, to nie dobrze. Tacy ludzie biedni są. A ja wierzę. I uparty jestem. Bo wie pani, ja jestem Strzelec. A Strzelce są takie. Mam kolegę, on jest Ryba a pływak taki, że hoho. I jest spod znaku Ryb i dobrze pływa i wszystko się zgadza. A Strzelec z Lwicą kroczy. A moja żona własnie spod znaku Lwa. Jak to się układa. Ale jak ja się pani odwdzięczę? Bóg mi chyba panią zesłał. Jak ja bym tam sam trafił? Nie trafiłbym. Dzięki Bogu, że panią spotkałem. Niech Bóg ma panią w opiece!”
„Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną.”
Doszliśmy do strzelnicy. Chwilę wcześniej pan powiadomił telefonicznie swoją zmartwioną żonę, że spotkał panią z nadleśnictwa (taaa…) i zaprowadziła go do strzelnicy, także jest już na miejscu i wszystko w porządku. No i było. Pan zobaczył strzelnicę i tak się zachwycił, że wyjął aparat z torby, którą porzucił na trawie i popędził robić zdjęcia. Przestrzegłam go jeszcze, by pilnował torby, bo różni tu chodzą i czym prędzej się oddaliłam…
*
Wdzięczna za życie żyłam sobie dalej aż do około godziny 20stej. Idąc na Wzgórze skręciłam z ulicy Poczdamskiej. Pod murem ogrodzenia z lewej strony, szedł pan z dwoma psami na smyczy – jamnikiem i dużym kundlem wielkości mniej więcej labradora, ale nie tak masywnym. Duży pies stanął pod murem, jamnik wszedł pod kundla i tak stali. Mijałam ich w odległości może półtora metra. Nagle zostałam szarpnięta za torebkę i pociągnięta przewróciłam się do tyłu. Duży pies rzucił się na mnie…
Nie pamiętam tego momentu między chwilą, gdy widziałam te psy a tą, gdy zostałam pociągnięta za torebkę. Wydaje mi się, że widzę otwartą paszczę skaczącego na mnie psa, ale może to tylko mózg mój próbuje uzupełnić lukę w pamięci świadomej. Pies, gdy go mijałam, był po mojej lewej stronie. Torebkę noszę na prawym ramieniu. Musiałam instynktownie odwrócić się plecami w momencie ataku. Tu zadziałały jakieś mechanizmy dla mnie nieznane, nowe. Coś takiego jeszcze chyba nigdy mi się nie przytrafiło. Mechanizm obrony, odruch, coś, czego człowiek się nie uczy. Coś jak zamykanie oczu przy huku. Coś, co nie wynika z doświadczenia. Trochę niesamowite. Pamiętam za to, że w momencie upadku, przez moją głowę przetoczyły się obrazy psa gryzącego mnie w głowę, szyję, ręce…
Szczęśliwie właściciel zdołał pociągnąć agresora. Szczęśliwie był na smyczy. Nie miał natomiast kagańca. Torebka ucierpiała – jest podziurawiona. A gdyby to był mój łokieć albo ramię? Szarpnięte z taką siłą, że się wywróciłam? Czy wtedy weterynarz, który właścicielowi zalecił nie zakładanie psu kagańca „bo pies nie może wtedy normalnie funkcjonować”, czy poskładałby mój łokieć? Oczywiście, że nie. A na dźwięk słów „ale my zawsze tak chodzimy i on nigdy czegoś takiego nie zrobił” miałam ochotę zwymiotować… „Nigdy wcześniej”, „do tej pory”, „jeszcze nikogo nie ugryzł”. Aż do teraz. Brawo. Zalecam założyć mózg… Wszystkim podobnym.
Nie byłam ranna (dopiero dziś rano znalazłam siniaka na nodze), właściciel się nie rzucał. Stał spłoszony i przepraszał. Opiórkałam go, zrobiłam wykład, choć adrenalina była tak wielka, że w pewnym momencie musiałam zamknąć oczy i zrobić kilka głębokich wdechów, bo niechybnie bym się rozpłakała albo usiadła z wrażenia… Nie wezwałam policji, nie byłam ranna, gość się nie rzucał, rozmawiał, przepraszał, zaproponował zapłacić za torebkę. Nie grałam kozaka i kasę wzięłam. Przecież nie połatam tych dziur… Ale wiem, gdzie mieszka. I jak go spotkam z psem bez kagańca to wtedy jeszcze raz przemyślę tę decyzję. Jednak mam nadzieję, że ten widok coś go nauczy…
Dobrze, że na Wzgórze idzie się pod górę. Powszechnie wiadomo, że wysiłek zmniejsza złość i emocje…
*
Trzeci rodzaj stresu dopadł mnie parę chwil przed 22gą. Zadzwoniłam do ojca jednej z moich harcerek z informacją, że na karcie kwalifikacyjnej nie ma orzeczenia i podpisu lekarza. W zamian za moją troskę zostałam obrzucona jadem, żółcią, pomówiona o bezsensowną biurokrację, postawiona naprzeciw doktorki, która powiedziała, że oni tego nie wypełniają i że coś tu jest (w domyśle – u nas) nie tak z komunikacją. Moja troska o bezpieczeństwo jego dziecka przez trzy dni na Jurze (bo na Zlocie będzie lekarz i może to podpisać) została wyśmiana, bo przecież „Niby co wam się tam może stać? To nie jest wyjazd ekstremalny. Żaden wypadek się nie zdarzy. Proszę nie być śmieszną i nie denerwować mnie”.
Tylko, że do lekarza jeździło się np z kleszczem, który wyjść nie chciał, z opuchniętą od ugryzienia końskiej muchy nogą, z poparzeniem zupą. Słyszałam o przypadku ataku serca u dziecka, którego rodzice i lekarz zapomnieli napisać, że ma niewydolność serca. A mało się słyszy o wypadkach autokarów z dziećmi? Sama, będąc dzieckiem, cudem tylko uniknęłam bycia stratowaną przez samochód, który wypadł z zakrętu. Wracaliśmy wtedy z pobliskiej przystani. Pamiętam, że dwie dziewczyny dużo czasu spędziły wtedy w szpitalu. Jedna z nich miała potem krótszą nogę, w wypadku pokiereszowaną doszczętnie… Zaś w przypadku większego wypadku na placówce wypoczynku przyjeżdża nie tylko karetka, jak to sobie wywnioskował mój rozmówca, ale też policja i kuratorium. Oni lubią sprawdzać wszelkie dokumenty. Wymogłam na nim pisemne oświadczenie i pożegnałam się pełna goryczy niesprawiedliwości…
Późnym wieczorem usłyszałam, że prawdopodobnie od pewnego czasu nie jest to wymagane. Jednak nic nie tłumaczy takiego potraktowania mnie…
A A. mnie ostrzegała. Jednak przez cały rok zdążyłam wyrobić sobie o nim dobre zdanie…
*
Niepokój, adrenalina, ból brzucha. Wszystko jednego dnia… Tej nocy zupełnie się nie wyspałam.
Cóż, hipokrytów jest pełno, niestety… :(
Powodzenia na wyjeździe. :)
Ale przygoda :)
A ten fotograf to mówił czy jest z fotoklubu „Szczecin” czy „Zamek”?
Bo do „Szczecin” mam zamiar w przyszłym tygodniu zaaplikować, a jak to taki gaduła to się jeszcze zastanowię ;)