Co tam panie w kocim świecie? – notka dla fanów

Dawno już nie było żadnej informacji o naszych futrzastych członkach ‘rodziny’ a działo się całkiem sporo. Dlatego też, pragnąc zadowolić ciekawość wszystkich fanów naszych kotów (a mam nadzieję, że jest ich chociaż kilku), którzy nie otrzymują wiadomości na bieżąco, popełniam poniższy wpis.

Cofnijmy się do tych dni, kiedy z drzew lecą kolorowe liście a ziemia przygotowuje się do snu. Otóż jesienią, jak zwykle, Kernel się przeziębił. Nie to, że przesiadywał do późna przy otwartym oknie, czy spał bez przykrycia i ciepłych skarpetek. Nie nie. Kernela zasiedlają niejakie chlamydie (czy coś tam takiego), które przez większą część roku tworzą spokojną i zrównoważoną społeczność. Niestety co roku jesienią wykopują topór wojenny i nasz Kernellon zaczyna chorować. Kończy się to serią wizyt u weterynarza i zastrzykami a potem jeszcze serią medykamentów wpychanych w kota w domowym zaciszu (przemoc domowa, jak nic). Kot dochodzi do siebie, ale jego umiłowanie do widoku transportera drastycznie z roku na rok spada a spostrzegawczość dotycząca przygotowywania dopyszcznych strzykawek z Biostyminą wzrasta w tempie geometrycznym. Tym razem na pierwszej wizycie, oprócz “no tak, znowu się widzimy” i “tak będzie co roku proszę państwa” zabrzmiało na powitanie “a co to jest? bo chyba nie kot”. Otóż – trzeba było zmierzyć się z prawdą – nasz Kernel się spasł. Cóż, właściciele kotów często chorują na tą samą przypadłość, co babcie i dziadkowie – masz kochaniutki trochę jogurciku, sosik z talerzyka, jedz, na zdrowie, żebyś dobrze wyglądał. Więc kot wyglądał dobrze. Aż za dobrze. Ale prawda ta nie docierała do nas aż do momentu wizyty u weterynarza z Matyldą…

Matyś od pewnego czasu wylizywała sobie jedno miejsce na brzuchu. Początkowo podejrzewał lekarz alergię kontaktową – przez pewien czas żyliśmy bez detergentów (i żyjemy! trzeba to głębiej rozważyć…). Dodatkowo otrzymaliśmy (za stosowną opłatą) maść, która miała rozwiązać wszystkie problemy. Smarowaliśmy i obserwowaliśmy i po krótkiej poprawie wróciliśmy do weterynarza. Nasz doktor spojrzał na Matyldę i nie owijał w bawełnę – ten kot jest za gruby. Wyrok – dieta Hills r/d. Wrócił też temat Kernela-spaślaka a gdzieś w tyle głowy wybrzmiewały słowa wypowiedziane po operacji Żaby – ten kot nie może być gruby, żeby nie przeciążać nogi. Troszkę mi się to w mojej łepetynce pokłóciło z rzeczywistością i wyrok Matyldy objął całą trójcę… Farba, jako wieczna modelka w rozmiarze XS, mogła spać spokojnie.

Zakupiliśmy rzeczonego Hillsa, elektroniczną wagę łazienkową do dokładnego ważenia kotów oraz małą, elektroniczną wagę kuchenną do odmierzania porcji głodowych posiłkowych. W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia (o zgrozo!) rozpoczęliśmy kotom dietę. Przed kocimi rysowało się pół roku na porcjach minimalnych. Poranne hałasy (wstawaj szybciej, jestem głodny) generuje przede wszystkim Kernel. Przekleństwem jest wstanie do toalety o 3ciej. Dietobiorcy stwierdzają, że oto nadszedł czas śniadania i człowieki mają przerąbane do czasu normalnej pobudki. Co znamienne – szaleństwa Kernela kończą się zazwyczaj na 5-10 minut przed budzikiem. Człowiek popada w błogi relaks, by zaraz musieć się obudzić… Podłość. Weekendy natomiast zaczynają się wygonieniem Adama (jakieś 80% przypadków) o godzinie 5tej do kuchni w celu podania śniadania a następnie powrót do przerwanego snu sobotnioporannego – w towarzystwie najedzonych sierściuchów. Niestety jest więcej minusów – porcjowanie pokarmu zamieniło czystą radość z powrotu opiekunów do domu na radość z powrotu pokarmodajców i zbliżający się z tej okazji obiadek… Wieczorem natomiast należy się powstrzymywać przed wizytą w kuchni i wyjściem do toalety od godziny 19stej do czasu planowanej kociej kolacji (21sza). Każdy ruch w kierunku kuchni (a toaleta jest za nią) generuje tupiące i miauczące stado taranujące nogi idącego. Ale trwamy w tej diecie (obecnie dwukociej, ale to za chwilę) i muszę przyznać, że są postępy. Widoczne bardziej na oko niż na wyświetlaczu wagi a to z tej prostej przyczyny, że pomimo zważenia kocich w Boże Narodzenie, nie wiem dokładnie ile schudły. Okazało się bowiem, iż waga kota zależy od rozmieszczenia jego łap na tafli wagi. Porażka. Postępem, który bardzo mnie cieszy, jest sposób poruszania się Żaby. Od pewnego czasu skacze na tej swojej jednej łapce jakoś tak lekko, szybciej, bez przysiadania. Nauczył się też wskakiwać na szafę z monitora, co uważam za ogromny sukces. Jeszcze dwa miesiące a potem oby nie było efektu jojo.

Niestety jest też parę smutnych wiadomości – nasze panienki chorują, można by rzec – przewlekle. Ale po kolei.

U Matysia na diecie wylizywanie cofnęło się na moment, sierść zaczęła odrastać. Ale był to taki sam krótki okres czasu, jak w przypadku maści. Do tego zaczęła zostawiać tu i ówdzie krwawe kropki. Trochę czasu zajęło nam ustalenie kto to robi. Nie udało się ustalić, którą częścią ciała, choć wszelkie podejrzenia mówiły o odbycie. Sporo się pomyliliśmy. Weterynarz dojrzał to, czego my nie zauważyliśmy – niewielkie ranki na piętach, nie chcące się goić. Weterynarz zaproponował pobranie krwi do badania (o kosztach z przyzwoitości nie wspomnę…). Dobrze, że mnie na tej wizycie nie było, bo byłoby mi trochę nieswojo, gdyby jeden z dwóch mężczyzn w gabinecie zbladł ;). Matunia wyniki ma dobre i bardzo dobre. Oprócz trójglicerydów, których poziom we krwi jest 10-krotnie wyższy od normalnego. Pojmujecie? 10-krotnie! Kot, zwierze z którym kontakt obniża ciśnienie, poziom trójglicerydów i cholesterolu, sam ma tragicznie podwyższone trójglicerydy. Przyszło nam zakupić Eukanubę Intestinal i zmienić Matysiowi dietę. Na tej karmie ma dni z mniejszym apetytem, biedactwo. Ale karma ta, ze względu na obniżony poziom tłuszczy, również służyć ma zrzuceniu wagi. Po jakiś trzech miesiącach ponowne badanie. Jako że podwyższać poziom trójglicerydów może również otyłość – jest szansa, że sytuacja ulegnie poprawie. Obawiam się jednak, że sprawa jest poważniejsza, zwłaszcza, że Matylda przechodziła kiedyś zapalenie jelit. Póki co jesteśmy dobrej myśli.

Natomiast gorzej jest w przypadku Farby. Otóż ta wiecznie wychudzona, ciągle z wylizaną sierścią na brzuchu, chimeryczna dama pewnego dnia została zmuszona do wypróżnienia się do pustej kuwety, co uczyniła bez większego problemu. Badanie było dużo tańsze ale efekt niepokojący – dużo nabłonka. Pozostałe wskaźniki względnie w normie. Gdy weterynarz, tuż przed Wielkanocą, rzekł, że zaraz po świętach mamy się stawić na USG brzucha, zepsuł mi humor. Co chwila zastanawiałam się, JAK temu potworowi doktor zrobi USG brzucha? Poprzedzone wygoleniem sierści? Zupełnie nie potrafiłam sobie tego wyobrazić a okazało się, że to ja musiałam być tą, która dzierży w garści smoka zniszczenia… Kotek zapakowany w smycz a następnie do transportera, głośno wyrażał swoje niezadowolenie. U weterynarza, jako ta bliżej stojąca transportera, zostałam zaprzęgnięta do podtrzymywania kota podczas obcinania pazurów u wszystkich stu łap. Okazało się, że jest ich zaledwie jakieś cztery i pół, może pięć i cała operacja szybko się zakończyła. Było to jednak tylko preludium do przedstawienia. Zimny pot spłynął mi po plecach, gdy przyszedł doktor ogolić czarnemu wysłannikowi piekieł brzuch. Po krótkiej nauce prawidłowego trzymania kota za chabety doktor chwycił żyletkę i przystąpił do dzieła. Wysłannik piekieł, niezadowolony z obrotu spraw nie mógł jednak zdziałać zbyt wiele poza wkładaniem całej many w wyciąganie skóry z mojej ręki. Szło jej całkiem nieźle, czerpała zapewne z wiszącego w powietrzu jęku niezadowolenia wszystkich pacjentów lecznicy i co chwila musiałam poprawiać uchwyt. Doświadczenie weterynaryjne robi jednak swoje i doktor szybko się uwinął załatwiając kotu nawet boczki. Po krótkiej przerwie przyszedł doktor właściwy ze sprzętem. Założył zdruzgotanej królowej wampirów koci kaganiec. Pysio był unieruchomiony, oczy zasłonięte. Dostaliśmy parę minut czasu od zdziwionej wampirzycy, zanim zorientowała się, że coś jest nie tak. W tym czasie ja ćwiczyłam nadal uchwyt a doktor jeżdżąc przyrządem po wygolonym, chudym brzuchu, próbował uczyć nas odczytywać obraz z USG. Dla czystego spokoju powiedziałam w końcu, że tak, że już widzę tę nerkę i tę dziurę w tej nerce. I tę drugą też. Nie jestem pewna, czy Adam mówił prawdę również potakując. Niemniej jednak na parę chwil, tych w których mówiłam, że nic nie widzę, przestałam być partnerem do rozmowy dla człowieka, który zazwyczaj mówi do mnie pomijając stojącego obok TŻ. Trochę dziwnie. W każdym razie, po przejściu do drugiej nerki, co poprzedzone było położeniem kota na parę chwil, żeby zyskać lepszy obraz i wydruk, zdruzgotana smoczyca zaczęła się buntować. Być trzymaną to jedno ale być położoną to już zbyt wiele. Doktor wspaniałomyślnie stwierdził, że tyle mu starczy do tej strasznej diagnozy a poluzowany kot wspiął się na mnie wtulając mocno głowę i resztę ciałka w moje ramię. Byłam wstrząśnięta tą dawką czułości… Za chwilę zdjęliśmy jej kaganiec i pozwoliliśmy się schować do transportera – teraz jedynego bezpiecznego miejsca w lecznicy. (Swoją drogą to takie zabawne, gdy w domu kot mający być włożonym do transportera stawia czynny opór a w lecznicy sam się tam chowa i to najlepiej jak najszybciej…). Zdruzgotana pannica dama (no ma przecież już 6 lat, to jakieś 40 na nasze!), pozbawiona wszelkiej godności, czekała w transporterze, my zaś wysłuchiwaliśmy diagnozy. Otóż Farba cierpi na wielotorbielowatość wrodzoną nerek. LINK. Podkreślam: wrodzoną. I dopiero teraz wykrytą! W skrócie: “Choroba polega na tworzeniu się wypełnionych płynem torbieli uciskających tkanki nerki przez co komórki obumierają, a narząd traci zdolność do normalnego funkcjonowania.” (za link). Dalej napisano: “Niestety w przypadku kotów chorujących na wrodzoną wielotorbielowatość nerek rokowania długoterminowe najczęściej są niepomyślne, gdyż jest to choroba nieodwracalna i śmiertelna. Oczywiście w zależności od stopnia zniszczenia narządu można przedłużyć kotu życie za pomocą odpowiedniej diety oraz leczenia opracowanego indywidualnie przez lekarza weterynarii.”. Otóż Farba ma już 6 lat. Weterynarz powiedział, że choroba może rozwijać się powoli, ale to tempo może zostać w każdej chwili zmienione i nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak szybko choroba ta spowoduje mocznicę i śmierć kota… I jedyne, co możemy teraz zrobić to przestawić Farbę na Hills k/d i robić badania regularnie. Wprowadzamy dietę. Gorzej, że tak do końca życia będzie musiała się posilać. Dobrze, że Hills k/d dostępny jest też w saszetkach – będzie jakieś urozmaicenie. W każdym razie jakoś tak ten wysłannik piekieł zyskał bardziej ludzką kocią twarz…

Chłopaki zdrowe, ale po tych historiach aż się boję robić jakiekolwiek badania profilaktyczne…

A w łazience zamieszkało 6-7 miesięczne, niewychowane, buro-marmurkowe, zbuntowane małe coś. Nie było to najszczęśliwsze posunięcie, ale jak już się powiedziało A to trzeba powiedzieć B. Ale o Małym Kocie napiszę kiedy indziej.

PS-ostatnio doszłam do wniosku, że muszę stworzyć taką ogólnodostępną odpowiedź na często pojawiające się pytanie “to ILE masz TERAZ kotów?”… Albo napiszę sobie na czole. O. ;-)

Jeden komentarz do

Skomentuj

*

Witaj przybyszu

shenn

Nie ważne skąd przybywasz i dokąd zmierzasz. Trafiłeś tu do mnie, więc zostań chwilę, ogrzej się, odpocznij. Mam nadzieję, że Ci się spodoba i zostawisz odrobinę siebie.
.
It's like ten thousand spoons when all you need is a knife...
.
But I'm still standing better than I ever did, looking like a true survivor, feeling like a little kid...

.
Czuję się, jakbym miała 10 lat mniej, jakby czas zbyt szybko biegł i gubił mnie gdzieś po drodze. Mam swoje pasje, które utrzymują mnie jakoś na powierzchni, choć nie zawsze mam na nie czas. Zjada mi go często moje małe uzależnienie od sieci. Chwilowo znajduję się na kolejnym rozdrożu i kalkuluję, co mi więcej da, choć pewnie i tak życie zrewiduje wszystkie plany. Podobno ludzie mnie lubią. Zupełnie nie wiem za co.
.
shenn
.

Kalendarz

Kwiecień 2010
P W Ś C P S N
« mar   maj »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Kategorie

Archiwum