Nie jestem głupim bakłażanem.
Coraz częściej łapię się na tym, iż nie jestem szczęśliwa. Brakuje mi ostatnio w życiu motoru napędowego, pasji, chęci do działania. Wiąże się to chyba głównie z tym, że od wielu lat próbuję obrać jakiś cel, kierunek, w którym mam iść. Wszystko, co się dzieje przepływa koło mnie, tak jakby obojętnie, od niechcenia. Od czasu do czasu przychodzi mały zryw. Tak mały, że już po chwili wszystko ostyga. Czas mija nieubłaganie, przecieka mi przez palce. Już nawet ciężko mi próbować go chwytać. Mam wrażenie, że nie mam już marzeń, tych długofalowych, życiowych, określonych, do których się idzie każdego dnia, którym człowiek się poświęca, które nadają sens.
Wydawało by się, i tak mi radzą niektórzy, że wystarczy siąść, przeanalizować swoje pranienia, uszeregować i uwierzyć w ten szereg, w te wybory. Wydawałoby się, że to takie proste i oczywiste. Nic bardziej mylnego. Gdybym przez cały ten czas ani razu nie zastanawiała się nad tym uznałabym, że jestem tępym bakłażanem i nie godna jestem kroczyć po tej ziemi…
Zastanawiałam się wielokrotnie. Który kierunek obrać, dokąd zacząć iść? Coraz częściej żałuję, że życie jest tylko jedno i nie można wypróbować tych wszystkich wariantów, które przychodzą do głowy. Coraz bardziej mam wrażenie, że ten czas, który minął, zmarnowałam okrutnie a to, co mi zostało to tak niewiele. I ta świadomość wcale nie motywuje mnie do walki i decyzji. Świadomość ta unieruchamia mnie, dobija, wiesza na szubienicy. Gdy o tym myślę zaczynam tracić dech a życie wypływa ze mnie i znika. W tej chwili, gdy to piszę, mam ściśnięte gardło.
Wracając jednak do rozmyślań nad celem. Bo cel musi być. Nie wyobrażam sobie przeżyć swojego życia od tak, z dnia na dzień, bezrefleksyjnie, bez marzeń, bez satysfakcji. I choć od paru lat coraz bardziej jest właśnie tak, to ja nie chcę. I konflikt ten znów zabiera mi energię i rzuca na kolana. Bo ja chcę tak wielu rzeczy a jednocześnie ogarnia mnie tak wielki strach przed ich realizacją. Strach, który wiąże się z wyborem. Jeśli dokonam złego? Jeśli wybiorę jedną drogę i mimo pokładanych nadziei nie da mi ona satysfakcji a na powrót do drugiej nie będzie już szans/czasu/warunków?
Czas płynie a ja stojąc jak ten osioł przed żłobem nie mogę się zdecydować czy owies czy siano. Czy wyjść na łąkę do świeżej trawy. A jeśli tam jest teraz zima i spotka mnie śmierć? Chowam się więc w kąt, kulę pod ostrzałem oskarżycielskich i pełnych pretensji słów, zamykam oczy i czekam aż to wszystko się skończy a ślepy los zadecyduje za mnie.
Tylko, że tak nie można…
- – -
Od dziecka marzyłam o domu z ogrodem. Dużym. I psie i gromadce dzieci. I spokoju. Taki standardzik. Na dom trzeba mieć pieniądze. O tym też marzyłam. Żeby robić coś, co będzie sprawiało mi przyjemność a jednocześnie przynosiło finansową satysfakcję. Tylko co to może być? Nie mam najmniejszego pojęcia… Kolejnym problemem jest – gdzie ten dom ma być. W marzeniach pojawiały się odległe krainy – Kanada, Finlandia, Irlandia i te zupełnie bliższe miejsca, tu w kraju. Ale jak dokonać wyboru? Przecież taki wybór to na bardzo wiele lat. A tyle możliwości! A dzieci? Kiedy czas na dzieci? Nie oszukujmy się, ale gdy się ma dzieci w planach to nie można tych planów w nieskończoność odkładać, zwłaszcza, gdy wie się, że może nie być to takie proste. I właśnie – kiedy będzie ten odpowiedni moment? Nie tyle dla organizmu co dla całego życia? Dla planów, nadziei, celów? A może lepiej jest odłożyć trochę pieniędzy i podróżować? Przecież świat jest tak piękny, tak czeka. Wystarczy naprawdę niewiele, by móc objechać pół świata. Wystarczy trochę odwagi. A tej notorycznie brakuje. Gdy człowiek ma problemy nawet z telefonem w urzędowej sprawie to co tu mówić o obcych krajach, których kultura i poziom życia znacznie odbiega od naszego a i porozumieć można się jedynie machając rękami? Ale przecież tyle jest poradników, tyle ludzi już to zrobiło, że to musi być możliwe. Tylko nie teraz, bo nie ma pieniędzy, doświadczenia, odwagi. Tylko, że jeśli nie teraz to kiedy? Bo przecież dzieci i dom i stabilność na przyszłe lata. I koty. Marzenie z dzieciństwa. Spełnione a tak ograniczające. Co z nimi, jeśli wyjechać np na rok? …
- – -
Tyle sprzeczności, tyle różnych dróg, opcji, trudnych wyborów. Jak to jest, że niektórzy ludzie tak po prostu wiedzą, czego oczekują od życia a mi jest tak ciężko? Jak osioł stoję nad tym żłobem i mam wrażenie, że lepiej będzie z głodu zdechnąć, niż dokonać wyboru, bo może okaże się zły i u kresu dni usiądę nad rzeką i wypłaczę morze łez, że zmarnowałam to jedno jedyne życie. I nie mówcie mi, że to myślenie jest głupie. Przecież wiem. Tylko, że nie mam siły, by się pozbierać. Po prostu nie mam. Choć może tego nie rozumiecie…
O myśliwych, schaboszczakach i trofeach kłusownika
Leśniczy ustrzelił dziś dzika. Niedużego, koło 60 kg. Stado zrobiło się duże, podchodziło do domostw, niszczyło nasze uprawy leśne i wyrywało sadzonki. O ile potrafię zrozumieć wykopywanie zasianych żołędzi, którymi dziki się żywią o tyle wykopywanie sadzonek to chyba czysta złośliwość… Łowczy miejski otworzył odłownię, wyłożył pokarm ale dziczki mają go głęboko. Wydał więc pozwolenie na odstrzał jednego osobnika.
Piszę nie po to, by pochwalić, lecz poruszona artykułami w jednym czasopiśmie, dodać swój głos do dyskusji.
Zanim podniosą larum przeciwnicy polowania i myśliwych zadam takie małe pytanko: Czy wolałbyś żyć sobie kilka lat w lesie, w miarę w spokoju, ze swoim stadkiem. Spłodzić/odchować kilka warchlaczków. Wędrować po rozległych przestrzeniach, sypiać gdzie chcesz, jeść co znajdziesz. I zginąć nagle, w wieku kilku lat, nieświadomym, nie spodziewającym się niczego, od jednego postrzału dobrego myśliwego? Czy może być jedną z 25 mln świń rocznie idących na rzeź w hodowlach przemysłowych? Rodzisz się w ciasnym pomieszczeniu, w hałasie innych świń. Twoja rola polega na jedzeniu. Jedzeniu i spaniu i znowu jedzeniu. Gdy już opchasz się mlekiem matki dostajesz własne lokum. Betonowa lub rusztowa podłoga, brak możliwości odwrócenia się, a co dopiero pobiegania sobie. Smród, hałas, jedzenie i jedzenie i jedzenie. Usunęli Ci ogon i kły, żebyś się nie ranił. Gdy osiągasz odpowiednią wagę jesteś z braćmi prowadzony na rzeź. Słyszysz już ten kwik przerażenia, zaczynasz się bać. Taśmowo, niemal na oczach następnych świń twoi bracia rażeni są prądem. Czasem nie umierają od razu a dopiero przy wstępnej obróbce. I nigdy nie widzieć słońca?
To jedno. A drugie – lubisz schaboszczaka? Wędlinkę? Mielonego, skwarki, paróweczki, schabik, karkóweczkę? Pieczonego kurczaka? Szaszłyczek? Pasztecik? A i pewnie kiełbaska z dzika bardzo Ci smakowała? To o co ten cały szum?
Sprawa oczywiście nie dotyczy wegetarian, choć i tu mogłabym się spierać. Wszak mleko od krowy powstaje dlatego, że się ocieliła i to ciele pić to mleko powinno. A dostaje je człowiek. A ciele? No cóż. Cielęcinka smakowita. A i jaja kury nioski znoszą często w przegęszczonych klatkach bez możliwości ruchu. I bez słońca… Ale ale, są tacy, co same płody ziemi spożywają. I niech im zdrowie dopisuje. Oby tylko nie nosili skórzanych butów a na szyi wisiorka na rzemyku…
O nie nie, nie mówię tu, że polowanie jest cacy, super, mega i w ogóle. Ale z pewnością jest dużo bardziej humanitarne niż przemysłowe hodowle. Oczywiście polowanie a nie kłusownictwo. Jeden celny i skuteczny strzał a nie męczenie zwierzyny we wnykach. Nie namawiam też do zrezygnowania z mięsa. Bo to łatwe nie jest a i człowiek (imho) mięsa do życia raczej potrzebuje. Moim celem jest zwrócenie uwagi na wielopłaszczyznowość tego zagadnienia. Na to, by zagorzały przeciwnik myślistwa nie pomstował nad „głupimi mordercami” znad talerza z kotletem…
A jeśli kogoś nie rusza opowieść o śwince to przez las na granicy Dąbia i Kijewa można dojść do ogrodzenia hodowli świń i posłuchać zbiorowego kwiku. Choć nieco z daleka to jednak wyraźnie i w pamięć zapada. I tylko potem brakuje determinacji i siły (oraz niestety funduszy), by szukać mięsa z wolnego chowu na świeżym powietrzu…
I jeszcze parę słów o kłusownikach. Bo okrucieństwem jest skazywać zwierzę na wielogodzinne (czasem i wielodniowe) męczarnie we wnykach. Duszenie się lub wyrywanie kończyn z żelaznego uścisku. Ale kłusownictwo to nie tylko wnyki. To również wtedy, gdy myśliwy odstrzeli więcej zwierzyny niż wykazywał plan, inne zwierze niż dostał zezwolenie, zwierzaka, który ma okres ochronny bądź tak fatalnie wykona strzał, że postrzałek pogna w siną dal i będzie umierać powoli w ukryciu. Kłusownik zadziałał też dziś w nocy w Dąbiu. Z psem napadł na sarnę, która od kilku dni tkwiła uwięziona na uprawie leśnej nie mogąc trafić do wyjścia. Dziś leśniczy miał ją uwolnić lub odstrzelić, gdyby nie miała już szans na dojście do siebie. Ale nie zdążył. Znalazł tylko ciało bez głowy. A tajemniczy pseudomyśliwy wypatroszy łepek, spreparuje i powiesi dumnie „trofeum” nad kominkiem. Brawo.
Przepraszam, że tak chaotycznie to wszystko…
Finał sprawy Krakvet.pl
Część I: Czerwona kartka dla krakvet.pl
Część II:Krakvet-gate ciąg dalszy
Zamieszanie związane ze sklepem krakvet.pl zakończone. Na szybką odpowiedź postraszonych Rzecznikiem Praw Konsumenta pracowników sklepu, po głębszym zastanowieniu, odpowiedziałam (pierwszego grudnia) tak:
Witam,
Najbardziej odpowiada mi opcja otrzymania brakującej ilości karmy w normalnej przesyłce, bez kolejnego zamówienia. Nie zaproponowali Państwo takiego rozwiązania, jednak wydaje mi się, że w obecnej sytuacji namawianie do złożenia kolejnego zamówienia nie jest w porządku.
Pozdrawiam,
Po godzinie otrzymałam odpowiedź:
Witam,
Szanowana Pani,
jeżeli Pani bardzo na tym zależy to nie będziemy na siłę utrudniać , ale mam jedną ważną prośbę w takim razie, prosze złożyć nowe zamówienie na produkty, które mamy do Pani dosłać, w polu komentarz prosze podać ustalenia powołując się na mnie, że wysyłka ma być za darmo i jest już opłacona
Dziekuje za powzytywne ustosunkowanie sie do mojej prośby
Pozdrawiam i życzę miłego dnia
Zespół Krakvet
Jarosław Lelek
Spam coraz sprytniejszy
Od kilku dni moją skrzynkę pocztową nawiedza nowy rodzaj spamu. Może nie powinnam się tym chwalić, żeby nie podpowiadać co mniej sprytnym nowych rozwiązań ale sama jestem pod wrażeniem i muszę się tym podzielić. Mam nadzieję, że ku przestrodze.
Maile nie mają tytułu ani treści, więc żaden filtr antyspamowy wychwytujący różne wariacje słów dotyczących seksu, powiększania klejnotów, pigułek antykoncepcyjnych, viagry i tym podobnych, nie zatrzymuje ich. Załącznikiem jest obrazek. Nieduży, bo zaledwie kilkanaście kilobajtów, nie zostanie zatrzymany przez filtr blokujący duże załączniki. O dziwo nie jest klikalny, czyli nie przenosi nas do żadnego podejrzanego linku. Jednak nie ma co płakać – na proponowaną stronę dostaniemy się wpisując w przeglądarkę podany na obrazku prosty i krótki adres. Kolejne zabezpieczenie ominięte. Na obrazku znajdują się napisy „viagra”, „cialis” i „enlarge your penis”, które teoretycznie powinny spowodować, że mail nie przejdzie przez filtry. Jednak on przechodzi. Proste programy OCR nie potrafią odczytać tych napisów, ponieważ wszystko „faluje”. Dodatkowo, dla zmylenia przeciwnika, w tle znajdują się różne linie, krzyżujące się ze sobą. Każdy, kto próbował za pomocą programu OCR zeskanować stronę z jakimś wykresem, lub ornamentem/ozdobnikiem wie, że większość programów zamienia to na ukośniki, pionowe linie, myślniki i ogólnie nie radzi sobie z rozpoznawaniem. Kolejna zapora ominięta.

Podziwiam pomysłowość spamerów ale jednocześnie boję się nawet pomyśleć, co będzie dalej…
Moje Pierwsze Muffiny
Muffiny chodziły za mną już od dłuższego czasu. Coraz głębiej wnikały w tę część mózgu, która odpowiada za jedzenie słodyczy i powiązana jest z samorealizacją, głównie kuchenną. I w końcu nie wytrzymałam i kupiłam papilotki (te papierowe cudeńka, w które ubrane są muffinki). Sytuację katalizował fakt, że w szafie tego mieszkania znajdują się metalowe foremki do takich właśnie babeczek. Ale potrzebny był jeszcze przepis. Znalazł się – zalinkowany przez Felinity, która go znalazła na fotoforum.gazeta.pl, gdzie znalazł się ze strony mojewypieki.blox.pl. Nie zrażona tymi zawiłościami postanowiłam uczynić ten przepis moim Pierwszym Przepisem na Muffinki.
SKŁADNIKI:
170 ml oleju słonecznikowego
225 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
190 g cukru pudru
1 duże jajko
1 białko
150 ml mleka
sok i skórka otarta z jednej cytryny
2 łyżeczki maku + mak do dekoracji
WYKONANIE:
W jednej misce pomieszać mokre (mleko, olej, cytrynę, jajka) a w drugiej suche (mąka, cukier, proszek, sól, mak) a potem połączyć. Ja zrobiłam bez maku, bo nie było na stanie. Podobno nie trzeba jakoś się wysilać przy mieszaniu i grudki są dozwolone. Nie wiem z czego taka uwaga się wzięła, ale już przy którymś z kolei przepisie na muffiny to widzę, więc chyba taka tradycja. Nakładać do foremek/formy wyłożonych papilotkami. Przepis mówił o wykładaniu po brzegi, ja dałam trochę mniej i dlatego wyszło mi 12 i 3/4 muffina zamiast 12. Posypać makiem dla dekoracji. Do pieca na 20-25 minut przy 190 stopniach.

Wyszły przepyszne. W środku wilgotne, na wierzchu chrupiąca skórka, malowniczo spękana. Ciekawe, dlaczego mi tak ładnie wyrosły w górę a na zdjęciach innych takie plaskate? Ale nie ma się co przejmować. Najważniejsze, że są cacy:D Moje Pierwsze Muffiny :D

Ostatnie komentarze