Komórkowce na wakacjach
Za dwa dni moje kochane dzieciaczki wracają z wyjazdu. Żałuję, że nie mogłam być tam z nimi i poprowadzić wszystkich zajęć i wycieczek w sposób harcerski, żeby nie była to kolonia, ale cóż, sprawy wyższe, poza moimi możliwościami kontroli… Mam cichą nadzieję, że choć trochę im się tam podobało… Ale dlaczego o tym wspominam? Otóż parę dni temu trafiłam przypadkiem na bloga prowadzonego przez jakiegoś księdza, ale nie to jest najważniejsze. Pisał akurat na temat komórek na wyjazdach. Sama, gdy jeszcze nie wiedziałam, czy pojadę czy nie, zastanawiałam się, jak poprowadzić rozmowę z rodzicami na ten temat. Komórki dzieci na wyjeździe są mocno kłopotliwe. Giną (co wywołuje oskarżenie o kradzież, powoduje wojny a gdy komórka się znajdzie, gdzieś pozawijana w ubrania, sprawa pozostawia niesmak), rozładowują się (akurat, gdy rodzic chce porozmawiać, co skutkuje panicznym telefonem do opiekuna z pytaniem, co się z dzieckiem dzieje), przeszkadzają (bo akurat w trakcie obiadu/zajęć/ciszy nocnej/apelu rodzic postanowił pogaworzyć do dziecka)… A przecież ci sami nadgorliwi rodzice dorastali w czasie, gdy o komórce nawet się nie marzyło. Były telefony na poczcie, o ile w ogóle. Pisało się listy, wysyłało kartki a rodzice dzielnie znosili rozłąkę. Wszyscy od siebie odpoczywali i wracali stęsknieni. A teraz? Zdarzają się przypadki codziennych telefonów od rodziców. Jak to dziecko ma wypocząć? Jak ma się usamodzielnić? W ten sposób nie tworzymy głębszej więzi z dzieckiem ale uzależniamy je od siebie, przez co krzywdzimy. Gdzie tu jest miłość?
Autor wpisy przytoczył przykład rozmowy, jakich stoczył bardzo wiele, na temat komórek. Taką rozmowę mógłby usłyszeć każdy wychowawca, który zabroniłby zabierania komórek.
Przychodzi matka i pyta:
- Dlaczego ksiądz zabrania kontaktu z dzieckiem (to znaczy, posiadania telefonu komórkowego podczas kolonii).
- Nie zabraniam, są budki telefoniczne. Można zadzwonić na moją komórkę, jak coś się będzie działo, sam do Pani zadzwonię.
- Ale dlaczego nie może wziąć dziecko, swojego telefonu komórkowego.
- Jest dużo powodów: Po pierwsze dzieci najczęściej gubią komórki.
- Biorę to na własną odpowiedzialność.
- Ale jak dziecko zgubi, to płacze i trzeba całą wycieczkę zatrzymać i szukać, bo nie da spokoju, a dla dziecka to już zmarnowane kolonie.
- Wszystko można zgubić, nie ma problemu.- Po drugie: Dzieci nie myślą kiedy mają w ręku komórkę, a wszystko natychmiast zgłaszają matce, a matka na odległość wszystko załatwia. Pamiętam jak jeden chłopak zadzwonił rano do matki, bo mu buty ukradli, a okazało się, że postawił po drugiej stronie łóżka. Można tylko się domyślać jakiego rabanu narobiła matka.
- No ale jakby coś się stało naprawdę?
- To i tak nic Pani nie pomoże.
- Ale przynajmniej będę wiedziała.- Po trzecie: Brak komórki uczy samodzielności. Dobrze jest jak dziecko pomocuje się samo z jakimś problemem. Jak dorośnie, zabraknie Pani i wszystkie problemy, o wiele poważniejsze, spadną mu na głowę i mogą go przytłoczyć, a tak ma szansę się zahartować.
- Dopóki ja żyję, nie chcę, żeby on miał jakiekolwiek problemy.
- A potem?
- Potem, już nie będę miała wpływu na niego.
– No dobrze, ale ten zakaz jest dla dobra dziecka, dla jego bezpieczeństwa. Czy wydaje się Pani, że syn idąc w górach, mając przepaść po obu stronach, jest wstanie nie odebrać, kiedy Pani będzie dzwoniła?
- Nie, on zawsze odbierze.
- Właśnie i w ten sposób stworzy się zagrożenia dla jego życia.
- Posłucha ksiądz, on musi mieć przy sobie komórkę, bo (w domyśle: tak go kocham) chcę móc w każdej chwili zadzwonić i usłyszeć jego głos.
- Nawet gdyby Pani miała usłyszeć w słuchawce: „Tak mamusia. Aaaaaaaaaaaaaaaaaa spadaaaaaam”?
- Ksiądz przesadza.
Jakież to samolubne myślenie, prawda?
Odsyłam do oryginalnego wpisu (bez komentarzy, bo szkoda czasu na większość tych chorych i jadowitych wynurzeń ze wszystkich stron barykady…) a osobiście muszę się zastanowić nad rozwiązaniem, które zaproponuję rodzicom w przyszłym roku. Bo komórki nie są złe, gdy się potrafi z nich korzystać, a nie po to dziecko jedzie na wypoczynek bez rodziców, żeby mieć ich co chwila w słuchawce. Nie po to jedzie do lasu na wypoczynek, żeby dzień w dzień słuchać głośno muzyki z telefonu/ipoda itp. Niech komórki są ale niech nie są najważniejsze. Niech są gwarantem spokoju dla rodzica i dziecka, ale niech nie narzucają swojej obecności, niech nie przeszkadzają i nie przerywają. Niech będą narzędziem używanym mądrze i z miłością.
Mama kazała mi chorować – Julie Gregory
Książkę podrzuciła mi Komendantka, za co jestem jej wdzięczna. Opisywany w niej problem obił mi się o uszy ale nie wiedziałam na ten temat nic konkretnego.
Książka pokazuje, jak niszczycielska może być miłość rodzica do dziecka, jak wiele zła może wyrządzić. Autorka opisuje swoje dzieciństwo w domu, w którym mieszkała przemoc a matka realizowała swoje potrzeby kontaktu z innymi, uznania i akceptacji poprzez ciąganie dziecka po lekarzach. Jak wielka jest ufność lekarzy w to, co mówią dorośli i jak ogromna jest ignorancja wobec faktów, które wychylają się nieśmiało zza kolejnych, dobrych wyników badań a czasem wychodzą nawet z ust maltretowanego dziecka. Przecież to oczywiste, że rodzic będzie pragnął dla swego dziecka dobrze. Nawet małe dzieci, koleżanki szkolne Julie, wykluczyły ją ze swojego grona, gdy ośmieliła się wyjawić, że jej matka zmyśla wszystkie te choroby i problemy…
Zastępczy zespół Munchhausena jest formą przemocy stosowanej przez rodzica wobec dziecka (lub po prostu przez opiekuna wobec podopiecznego), przy czym rodzic może nie zdawać sobie z tego sprawy. Większość przypadków nie zostaje odkryta do momentu śmierci dziecka. Śmierci na skutek bezsensownych badań, niepotrzebnego faszerowania lekami, czy nawet działania na szkodę własnego dziecka (koleżanka opowiadała mi, że widziała dokument, w którym matka wstrzykiwała swojemu dziecku własny mocz do kroplówki, by wywołać kolejne niepokojące objawy…).
Zawsze byłam chora. Chuda jak tyczka i delikatna jak suflet; łatwo dostawałam siniaków i szybko słabłam. W szkole dzieciaki pytały wprost, czy mam anoreksję. Nie miałam; byłam chora. Miałam nie tylko chorobę serca. Cierpiałam na nawracające zapalenia górnych dróg oddechowych, męczyły mnie nieznośne bóle głowy, obrzękłe migdałki prosiły o usunięcie, najróżniejsze alergie na zawsze pozbawiły mnie przyjemności jedzenia wielu rzeczy. Gdy kardiolodzy byli już blisko wykrycia mojej tajemniczej choroby, mama wkraczała na oddział energicznym krokiem sierżanta.
– Posłuchajcie, do cholery, mała jest chora, jasne? Popatrzcie tylko na nią! Jeśli mi umrze, bo nie umiecie powiedzieć, co jej jest, to, jak Boga kocham, pozwę was i oskubię co do centa!
Poruszające jest to, że pomimo tych wszystkich okropnych doświadczeń, nie tylko jeśli chodzi o rzekome chorowanie i ciągłe leczenie – rodzice Julie stosowali również przemoc bezpośrednią wobec swoich dzieci (uderzanie głową o kant stołu, czy zmuszanie do zjedzenia zużytych chusteczek higienicznych), Julie wyszła z tego koszmaru, odzyskała swoją tożsamość i zaczęła normalnie żyć. Stała się specjalistą od zastępczego zespołu Munchhausena i teraz działa na rzecz ratowania dzieci, które spotyka taki sam los, jak ją kiedyś.
Książkę czyta się łatwo, choć niektóre opisy okrucieństw, czy tych bezpośrednich, czy poprzez „choroby”, aż bolą… Warto przeczytać, zwłaszcza, jeśli ma się do czynienia z dziećmi. Choć szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, jak w sytuacji kontaktu z takim dzieckiem miałabym postąpić… Może kiedyś się dowiem a tymczasem mam chociaż świadomość istnienia problemu. Zresztą na zespół Munchhausena (nie ten zastępczy) chyba się kiedyś już natknęłam…
Ostatnie komentarze