Archiwum z miesiąca: Lipiec 2009

Jedna mała mucha a tyyyle szczęścia!

Kto nie miał kota… ten nie będzie śmiał się tak głośno jak my;-) ale i tak polecam gorąco!

Koty, koty są fajne. ;-)

Partly Cloudy & UP by PIXAR

Chyba najnowsza krotko metrażowa perełka od Pixar’a. Cudna opowieść, którą musicie zobaczyć!

I jeszcze na koniec zajawka filmu, również od studia Pixar. :-)


Skaut jest najlepszy;-)

6 minut na wynurzenia

(Notka pisana w autobusie relacji Warmińska-Szmaragdowe z późniejszymi dodatkami)

Znów od kilku dni jest źle. Złoszczę się, wściekam bez powodu, łatwo irytuję, krzyczę i jestem ogólnie niemiła i niedotykalska, irracjonalnie niezadowolona. Oczywiście w mojej powierzchownej osobowości nie mogę tego nikomu okazać, więc całe to niezadowolenie kieruję na Bogu ducha winnego A.

A już było tak miło…

Doszło do tego, że ironicznie polecił mi skontaktować się ze znajomym M., który być może wyjawiłby mi, czy nie mam aby jakiś problemów z biorytmem, horoskopem, numerologią i inne dziwactwa, w które A. (i poniekąd ja też) nie wierzy. Zgryźliwie powiedział, że nie znajduje innego wytłumaczenia i pozostało mi jedynie to.

Do tego ciągle jestem zmęczona, niezadowolona, wypompowana i nic mi się nie chce. Do tego stopnia, że padam wieczorem jak kłoda i nawet słodkie spojrzenie A. nie jest w stanie zmienić tego, że zasypiam błyskawicznie.

Co nie znaczy, że dobrze śpię…

I tak oboje męczymy się ze mną. To nie jest normalne…

*

Siedziałam dziś w biurze do godziny 11stej praktycznie sama. Zadaną pracę skończyłam jakoś o 8:30 i zamiast zająć się czymś pożytecznym znów zajęłam się swoim nałogiem – przeżywaniem życia innych…

Czasami maniakalnie i w sposób niekontrolowany przeżywam życie innych. Przyczepiam się do ich historii i karmię nimi niczym tasiemiec. Zamiast współczuć bolesnych przeżyć (głównie różnego rodzaju weltshmerzów) zazdroszczę im i biadolę, że to nie ja mam takie bogate życie i przeżycia. Dobrych wydarzeń też zazdroszczę, nie jestem masochistką. I tak siedzę i czytam (ew. rozmyślam) i truję moje serce tym wszystkim, co przytrafiło się nie mnie.

To jest destrukcyjne i ja to wiem, ale jakoś tak nie potrafię nad tym zapanować.

Dlaczego nie wystarcza mi moje własne życie?

*

Jakoś ostatnio wzięło mnie na wynurzenia. Podejrzewam tu wpływ faktu czytania bloga Cloudy znanej mi poprzez jej #MałeSzopy. Ona pisze tak, jak pisała Nataliusz – kumpelka z klasy licealnej. Pisze tak jak ona, której teksty czytałam z uwielbieniem i tak jak ja zawsze chciałam pisać. A nie umiem, bo to nie mój charakter. I ten jej weltschmerz własnego istnienia, zwłaszcza w dawnych latach…

Czuję jak się gotuję i gniję w środku jednocześnie. Chcę coś zrobić ze swoim życiem ale moja postać opada bezwiednie na fotel i klepie beznadziejnie literki. Tak jakbym jednocześnie była i klatką i kanarkiem… Uh.

Ludzie to dziwne stworzenia

Siedzę sama w leśniczówce i wcinam miód łyżeczką. To znaczy wcinałam jedną łyżeczkę miodu i chyba mi starczy. Ogólnie za miodem aż tak bardzo nie przepadam, choć chciałabym. Utrwalił mi się w głowie obraz miodku Kubusia Puchatka i razem z nim jakieś dziwne wyobrażenie jego smaku, który jest zupełnie inny od smaku prawdziwego miodu. Dlatego też za każdym razem jak sięgam ochoczo po miód czuję rozczarowanie…

*

Zastanawiam się skąd się w ludziach biorą takie pokłady agresji i nienawiści? Dziś rano wysiadając z autobusu musiałam wysłuchać wiązankę skierowaną pod nosem w stronę kierowcy, który drzwi nie otworzył, bo były przyciski i samemu należało wzbudzić otwieranie. Dwóch panów koło 40-50tki zamiast szybko zareagować i wcisnąć przycisk czekało jak te święte krowy aż kierowca otworzy im drzwi, po czym jak ja je uruchomiłam puściło właśnie wiązankę jaki to kierowca nie jest, że drzwi otwierać nie chce… Ja osobiście nie widzę problemu w samodzielnym otwieraniu drzwi ale ta sytuacja to przykład typowy dla bardzo wielu ludzi. I nawet nie chodzi mi o drzwi, tak ogólnie. Idą i plują jadem na prawo i lewo. Kierowca drugiego autobusu, jakim dane mi było dziś jechać, przejeżdżając przez pętlę na Basenie Górniczym rzucał wiązankę w stronę ludzi przechodzących z autobusu do tramwaju wymagając od nich przechodzenia w oznaczonym miejscu. Szkoda tylko, że nie wyszedł zza kierownicy i nie pokazał takiego miejsca, którego de facto na Basenie Górniczym nie ma… Ci sami ludzie pójdą grzecznie w niedzielę do kościółka, rzucą grosze na tacę i jeszcze poprą protesty przeciwko koncertowi Madonny… Ale to już inna opowieść.

*

Wczoraj natomiast wracałam, z obchodu po lesie i gdy przechodziłam przez tory światełka zmieniły się z pomarańczowych na zielone a po chwili sygnalizoator zaczął świecić i dryndać. Stanęłam sobie z boku chcąc popatrzeć na pociąg. Krótki był i zwyczajny ale w jednym z okien stał młody chłopak, który mijając mnie wystawił „fakulca”. Ja się pytam – po co? Czy poczuł się dzięki temu lepszy? Poczuł się maczo? Wzrosła mu samoocena? Na prawdę nie rozumiem…

*

Ale koniec z przykrymi wydarzeniami, czas na coś miłego. Są na świecie jeszcze ludzie mili, dobroduszni i sympatyczni. Do takich przyszło mi zaliczyć Porzeczka – znajomego z Blipa. Otóż w niedzielę dostałam od Porzeczka paczkę a w paczce, zupełnie darmowo, cały słoik kocimiętki z hameryki. Kocimiętkę Porzeczek otrzymał od koleżanki, jednak, gdy nie przypadła jego kotom do gustu, pomyślał o naszych kotach i zaproponowął wysyłkę. Słoiczek dotarł, kotom ziółko się spodobało. Bardzo. Ja natomiast chcąc grzecznie segregować surowce wturne zaczęłam rozprostowywać gazety, którymi pudło było wypchane. Znalazłam kilka wizytówek z rabatem do porzeczkowego sklepu ze świeczkami oraz, ku mojemu ogromnemu i bezgranicznemu zdziwieniu – świeczkę zapachową! Co by było jakbym wyrzuciła całe pudło nie baczc na ekologię?;-) To była dopiero niespodzianka:-). Ktoś teoretycznie zupełnie mi obcy (bo na ile można się znać przez mikrobloging?) wysłał mi prezent mając w pamięci moje słowa, że paczki ostatnio dostają tylko nasze koty. Ciągle jestem pod wrażeniem. Pozdrawiam Porzeczka i linkuję do jego sklepu – Świeczkolandii!

*

Spotkała mnie tamtego dnia również inna miła sytuacja – zadzwoniła Ninka, dobra koleżanka ze studiów i długo gadałyśmy. Tak się cieszę, że w końcu, po tylu latach toksycznego związku, jest szczęśliwa z miłością swoich wczesnomłodzieńczych lat. Czasem tak już bywa, że ludzie tkwią w nieudanych i toksycznych związkach ze względu na jakieś uwarunkowania życia. Studia się skończyły i nic już Niny w Szczecinie nie trzymało, łatwiej więc było skończyć to, co nigdy nie mogło być udane. Tak się cieszę, bo zawsze wierzyłam, że Nin zasługuje na coś więcej:-).

*

To co miłe dla ludzi niekoniecznie jest miłe dla innych. Otóż mamy od niedawna na leśniczówce dwie małe sarenki. Obserwować je, karmić mlekiem z butelki, dawać sałatę i głaskać (jedną, bo druga nieśmiała) to dla człowieka (mnie na przykład) wspaniałe uczucie, ale jak wielką tragedią okupione. Otóż mała sarenka siedziała pewnie gdzieś w lesie czekając na mamę. Przyszli ludzie, w swych małych i ograniczonych rozumkach stwierdzili, że sarniątko jest opuszczone, więc czymprędzej złapali malucha i hajda do miasta. Zostawili dzieciaka w TOZie i z poczuciem spełnienia dobrego uczynku udali się do swoich spraw. A biedne dzieciaczki, odłączone od matki, w głośnym, zimnym świecie, gdzie mleko nie smakuje jak u mamy, gdzie szczekają psy i łażą ludzie na pewno nie czuły się szczęśliwe. Trafiły po kilku dniach do leśniczego. Sarny, którymi zaopiekował się człowiek nie wrócą już do nautralnego środowiska i swojego normalnego życia. Już zawsze będą skazane na opiekę przez ludzi. W imię czego? W imię źle pojętego ratowania? Gdyby ci ludzie choć przez chwilę pomyśleli to może doszliby do wniosku, że gwałcą prawa natury nie rozumiejąc ich nawet… A tak teraz maleństwa siedzą w zagrodzie, mają tylko siebie, paśnik, mleko krowie z butli i towarzystwo ludzi, ozdobnych kogutów i czasem psa przez siatkę… Jeśli ładnie wyrosną i dobrze się zsocjalizują będą fajną atrakcją dla dzieci. Na pewno będą mieć jedzenia pod dostatkiem i będą chronione przed drapieżnikami. Ale nic nie zastąpi im ich normalnego życia na łonie natury…

*

Tak, ludzie są dziwni. Miewają głowy pełne dziwnych wyobrażeń, które psują im radość z rzeczywistości. Wypełniają swoje życie nienawiścią do innych, podbudowują swoją wartość bezsensownymi czynami, tkwią w toksycznych związkach. Ale jednocześnie potrafią dawać bezinteresownie prezenty i troszczyć się o innych, choć nie zawsze wychodzi to tym innym na zdrowie… Tak to już jest…

Czasami trzeba sobie pogadać o różnych głupotach

Smażę właśnie placki ziemniaczane. Niestety nie mamy tarki, więc pyry przeszły przez blender (dwustopniowo). Cebuli też nie znalazłam w lodówce, więc dodałam kostkę smaku cebulowego. Do tego okazało się, że mało tego, dlatego wlałam kapkę mleka i dodałam więcej mąki. Placki da się zjeść, ale jakieś takie… mdłe i bez duszy. Nie to, co kilogram ziemniaków utarty własnoręcznie na tarce, przy okazji ścierając sobie skórę do krwi z braku uwagi. Nie to, co utarta ze łzami w oczach duża cebula. To są porządne placki ziemniaczane a nie taki półproduktowy szmelc na szybko… To samo jest z ciastami z torebki. Niby te same składniki, niby szybciej a smak jakiś nie taki. Żyjemy coraz szybciej, więc mamy mniej czasu na gotowanie, dlatego kupujemy (prawie) gotowe produkty i żywimy się coraz większą bylejakością… Ale jakoś tak ciężko przestać, prawda? A najlepsze placki ziemniaczane robi moja Mama… (i pierogi i zupę owocową i ciasto z kruszonką i inne ciasta i wszelkie pieczenie i zupy itp itd i tylko ja robię lepszą rybę w panierce;-) ).

*

Zmieniłam promotora. Jeszcze nieformalnie, bo pan dr postanowił nadal biernie utrudniać mi życie i zgodę napisze dopiero w połowie sierpnia… Ale co tam, dam radę. Pani prof to kobieta o wielkim sercu i jeśli tylko uda mi się w końcu wziąć za siebie to wiem, że na niej się nie zawiodę.

Zmieniłam promotora, bo to jedyna rzecz, jaka przyszła mi do głowy, która dałaby mi siłę, by skończyć tę cholerną pracę. Wywołałam tym faktem niemałe zamieszanie, bo ani pani prof, ani pani dziekan a nawet pani z dziekanatu nie spotkały się wcześniej z przypadkiem, gdy student skreślony z listy chce zmienić promotora. Musiały się pogłowić, jak sprawę rozwiązać. No cóż, zawsze lubiłam wymyślać nowe problemy;-). Rozwiązanie się znalazło ale sprawa nie skończyła się pokojowo… Żeby zmienić promotora musiałam oczywiście porozmawiać z prof, na którą chciałam zmienić a która jest jednocześnie kierownikiem katedry, w której pracuje dr. Powiedziałam, że jestem zawiedziona współpracą, że ciężko z dr się umówić, nigdy nie sprawdził mi mojej pracy (i do tego jestem w 100% pewna, że z jednego przedmiotu żadnej mojej pracy też nie, po czym wystawił mi ocenę, w moim mniemaniu niższą, niż zasługiwałam, ale to już inna historia…) a gdy obiecał znaleźć wzory na wiek drzew również zawiódł i to niejednokrotnie. Pani prof pokiwała głową ze zrozumieniem. Problemy z dr są powszechnie znane i ostrzegano mnie, jednak byłam pewna, że ogarnę tę kuwetę… Nie dałam rady. Do tego najdalej kilka dni wcześniej pani prof ściągała telefonicznie dr z urlopu, bo nie zrobił wpisów w indeksach… Prof rzekła, że porozmawia z panią dziekan, jednak następnego dnia też powinnam się do niej udać. Tak też uczyniłam. Powtórzyłam pani dziekan powody, dla których chcę zmienić promotora. Zgodziła się, poleciła zdobyć zgodę pisemną od dr i zaleciła, bym szybciutko skończyła, bo jesienią zmieniają się przepisy. Tegoż samego dnia, po wielu próbach, udało mi się dodzwonić do dr. Dodam, że żaden student nigdy nie dostał nr tel do dr. Jak już uprosił dostawał nr do apteki, w której pracuje szanowna małżonka… Ja dostałam nr od pani prof. Przedstawiłam się, wyjaśniłam, że chcę zmienić promotora, gdyż chcę się obronić przed zmianą przepisów a pan dr jest teraz nieosiągalny. Chciałam dobrze i łagodnie a w zamian usłyszałam gorzkie słowa. Okazało się, że poprzedniego dnia, pani dziekan, po rozmowie z prof, zadzwoniła do dr i ochrzaniła go za to, że jest nieosiągalny, na co dr mi rzekł, że przecież parę dni temu był na uczelni (hahaha) i jest to niepoważne z mojej strony, jeśli oczywiście to ja byłam powodem tego telefonu, że tak go oskarżyłam. Niezwykle dotknięty tym, że pani dziekan zwróciła mu uwagę, wylał swoje żale na mnie. Sprawa niesprawdzania kolejnych etapów prac została przemilczana. Na koniec rzekł, że zgodzi się, jednak nie będzie się fatygował i podpisze mi zgodę dopiero jak wróci z urlopu czyli w połowie sierpnia, jak nie później.

Pani prof po krótkiej relacji z tej rozmowy westchnęła głęboko i poprosiła o przesłanie jej tego, co mam, żeby mogła się zapoznać i podpowiedzieć co dalej a ja mam się brać ostro do roboty. To się biorę…

*

Zbyt łatwo się denerwuję, zbyt szybko puszczają mi nerwy. Denerwuję się o głupoty, niewspółmiernie bardzo wobec skali problemu. Za długo trwam w gniewie. Krzyczę i mam wielkie pretensje. I tak już od dłuższego czasu, ostatnio chyba mocniej. I nie wiem, czy wyniosłam taki wzorzec zachowania z domu, czy mam problemy z kortyzolem na przykład (albo jakimś innym hormonem) a może to jakieś stany depresyjne, czy coś? Bo do tego często nie mam ochoty na nic, nie widzę sensu i nadziei na przyszłość. Po prostu trwam sobie tak bezosobowo i bez emocji. Nie nie, nie jest to stan permanentny, nie trwa 24/7. Ale często. Zdecydowanie za często…

*

Ludzie lubią się zamartwiać. Martwią się o przeróżne rzeczy, ale jedno jest takie same – martwią się ciągle. Martwią się o pieniądze, a gdy pieniądze sa, to martwią się, że trochę za mało. Martwią się o pracę, gdy już jest, martwią się o lepszą. Gdy już nie ma się o co martwić, zawsze znajdzie się następna sprawa. Zawsze można się martwić o innych. I tak wszyscy zamartwiają się ochoczo. Ciekawe, czy jest to człowiekowi potrzebne, by zaprzątać sobie czymś umysł ciągle?

Sama tak robię. Martwię się o pracę magisterską. Dzień po dniu, mimo, że nikt mi nie wierzy. I szczerze mówiąc to chyba jeden z czynników hamujących moje działania. Bo jak już ją napiszę i obronię to o co będę się martwić? Jak myślę o dniu obrony i dniu następnym to ogarnia mnie pustka i lęk. Co będzie wypełniało moje myśli? Co zamieszka w tej części mózgu odpowiedzialnej za zmartwienia i życie codzienne? Przecież coś tam musi być…

A może nie musi? Tylko jak nad tym zapanować…

*

Chudnę. Nie w oczach, bo czymże są 2kg od zimy? Ale jednak. Nie jestem na diecie, jem to, co wcześniej, czasem się obżeram. Ale jednak zrzuciłam około dwa kilogramy. Co prawda nie z tego, co akurat chciałam, ale przecież nie będę marudzić i znajdę sobie jakiś inny atut ;-). Ano jeżdżę do pracy na rowerze. Kto zna Szczecin, ten wie, że momentami trzeba się wykazać kondycją górala szosowego, by nie stracić równowagi z powodu zbyt małej prędkości… Więc jeżdżę. Wtedy, kiedy mam zmianę na Głęboki, gdy nie bolą mnie kolana i nadgarstki, gdy przed/po pracy nie muszę nic załatwiać. Pogoda ma niewielkie znaczenie, bo gdy pada to i tak do pracy jechać nie muszę. Gorzej, jak muszę wracać w deszczu, ale tego akurat nie da się przewidzieć. Więc jeżdżę sobie moją Contessą, nabijam kilometry (zapraszam na moje bikestats). Podróż w jedną stronę wynosi około 5,6 km i zabiera mi około 20 minut. Po drodze mam dwa spore podjazdy, jeden po drugim (można by rzec, że to jeden podjazd przerwany ulicą poprzeczną). W upale wlokłam się na nich ledwo ledwo na przełożeniu 1:2, ale zazwyczaj jakoś daję radę. Droga powrotna to również około 20 minut, przy czym poza odcinkiem wzdłuż Wojska Polskiego, zupełnie innymi drogami. Primo – bo tak łatwiej, secundo – a czemu ma być tak samo? Tutaj też dwa podjazdy, ale oddalone od siebie – ostatni prawie na końcówce. Do tego jeszcze wtargać te kilkanaście kilo na drugie piętro… I kondycja się buduje a zbędne gramy znikają :-).

*

Ludzie mają problemy. Młodzi ludzie mają najczęściej z miłością i pieniędzmi. Czasami dzielą się problemami z innymi ludźmi. Zapominają, że łatwo wtedy zostać przekonanym do innego spojrzenia na problem i innych rozwiązań. Czasem okazuje się, że wcale nie lepszych. I czasem obrywa się tym, z którymi się problemem podzieliło. A przecież za swoje czyny ponosi się odpowiedzialność samemu. Dzieląc się z kimś problemem trzeba mieć na uwadze to, że można zostać przekonanym do innego spojrzenia, czasem lepszego, czasem nie. Ale ta odpowiedzialność spoczywa na nas, bo to my będziemy z tym problemem się rozprawiać, my będziemy podejmować decyzje. Warto o tym pamiętać, bo można stracić swojego wysłuchiwacza problemów.

*

Nie lubię, gdy ktoś ślepo uważa, że ma rację. Wyciąga sobie jakieś wnioski, które idealnie pasują do tego, co chciałby, żeby było. Nie przyjmuje innego zdania, bo przecież inni nie znają szczegółów sytuacji. Na pewno jest tak jak on myśli. Bo przecież nie może być inaczej. Bo ma plan i tak właśnie musi być. I proszę go nie przekonywać.

Nie lubię, gdy ktoś tak myśli, ponieważ, gdy okazuje się, że jest inaczej (często tak jak utrzymywałam ja) zaczynam czuć chorą satysfakcję. Że ten ktoś się przejechał, zdziwił, zszokował. Nie lubię, ale nie umiem się jej pozbyć…

*

Jak przekonać kogoś do łaskawszego spoglądania na swoje hobby? Spróbować go zarazić tym hobby. Adam nieźle sobie z tym radzi. Niegdyś zaraził mnie rowerowaniem. Momentami mam wrażenie, że aktualnie bardziej mnie to rajcuje niż jego… Teraz wrócił do gier komputerowych. Kradziejki czasu wg mnie. Ale zainstalował mi jakiś czas temu Beach Life i co kilka dni wracam do niej. Wciąga, mimo, że od dłuższego czasu nie mogę przejść wyspy nr 8… A dziś dostałam prezent – „World of Goo”. Kupił mi, choć mógł kupić sobie kolejny wymarzony tytuł. Rozczulił mnie tym. Troszkę. Nadal pozostaję nieufna i podejrzliwa;). Teraz ja go muszę czymś zarazić, bo to nie wygląda sprawiedliwie;).

*

I tym pozytywnym akcentem zakończę na dziś moje rozważania. Muszę zajrzeć do gry, żeby ze spokojem posiedzieć wieczorkiem nad pracą. Ciao.

Witaj przybyszu

shenn

Nie ważne skąd przybywasz i dokąd zmierzasz. Trafiłeś tu do mnie, więc zostań chwilę, ogrzej się, odpocznij. Mam nadzieję, że Ci się spodoba i zostawisz odrobinę siebie.
.
It's like ten thousand spoons when all you need is a knife...
.
But I'm still standing better than I ever did, looking like a true survivor, feeling like a little kid...

.
Czuję się, jakbym miała 10 lat mniej, jakby czas zbyt szybko biegł i gubił mnie gdzieś po drodze. Mam swoje pasje, które utrzymują mnie jakoś na powierzchni, choć nie zawsze mam na nie czas. Zjada mi go często moje małe uzależnienie od sieci. Chwilowo znajduję się na kolejnym rozdrożu i kalkuluję, co mi więcej da, choć pewnie i tak życie zrewiduje wszystkie plany. Podobno ludzie mnie lubią. Zupełnie nie wiem za co.
.
shenn
.

Kalendarz

Lipiec 2009
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Kategorie

Archiwum