Archiwum z miesiąca: Czerwiec 2009

Królestwo w oczekiwaniu na lato

W królestwie nie działo się zbyt wiele a jednak Czarodziejka miała ręce pełne roboty. Nadchodziło Półrocze a z nim obowiązkowe spotkanie z Marszałkiem Monetarnym, podczas, gdy sakiewka wciąż świeciła pustkami. Do tego zamówione artefakty nie nadchodziły a były niezbędne uczniom Czarodziejki na wyjazdowym kursie czarodzicielstwa, który zaczynał się za parę dni, i na którym Czarodziejka mimo wielkiej chęci być nie mogła… Jakby tego było mało Niania Agg zażądała rocznego urlopu od wszystkiego. Powodem była chęć poważnego przyłożenia się do korespondencyjnego kursu niańczenia wszystkiego a w szczególności do egzaminów z tych wszystkich niepotrzebnych tematów. Szkoda było Czarodziejce szkółki niedzielnej Niani Agg, ale cóż mogła zrobić.

Czarodziejka siedziała w zimnej komnacie zamku Lorda Borowika i gapiła się w szklaną kulę. Musiała sobie jakoś dorobić a to było jedyne, co znalazła na tablicy ogłoszeń w miasteczku. Marzła i gapiła się w kulę szukając przekrętów i wypadków na rozległych posiadłościach Lorda. Dobrze, że zabrała ze sobą swoją kulę i dzieląc swą uwagę za pomocą prostych czarów, szukała pomysłu. Okazało się, że Król zaszczycił ją i zaproponował poprowadzenie krótkiego spotkania dla Zamorskich Gości. Podobno przybyli oni do naszego Królestwa zasięgnąć wiedzy i Kaganiec Oświaty już się nimi zajął, jednak brakowało mu rąk do pracy. Czarodziejka zadumała się poważnie. Mocno się denerwowała, gdyż nie miała nigdy do czynienia z Zamorskimi Gośćmi. Spojrzała za okno i nagle wpadł jej do głowy pomysł – Już wiem! Opowiem im po prostu o naszym Królestwie. Wszak tu zawsze jest coś do zrobienia.

Ucieszona zabrała się do spisywania planu spotkania. I tylko gdzieś tam w tyle głowy jedna myśl nie dawała spokoju. Na dniach przybywał do Królestwa Czarny Rycerz. Potrzebne było jakieś odmagicznione miejsce z dala od osad, by obmówić Pewne Sprawy.

Mama może wszystko

Zasłyszane wczoraj w kolejce do kasy w Netto. Pani wzięła papier śniadaniowy i podała swojemu dziecku pokazując, że jest tam misio. Dziecko, około roczne-półtora roczne, wzięło papier, obejrzało i machnęło nim w mamę. Na co ona:

“Czemu bijesz mamusię? Mama zaraz da klapsa.”

Przypomniało mi się od razu zdanie zasłyszane przez znajomego na placu zabaw:

“Mówiłem ci, żebyś nie bił kolegów, bo ci wleję.”

Co wynika z takiej postawy rodziców? Dziecko jest skołowane. Ja bić nie mogę, ale rodzice tak? Jak to jest, to bicie jest złe czy dobre? Bo jeśli jest złe, to dlaczego mnie biją? Rodzice są zawsze dobrzy, więc to ja jestem złym dzieckiem?

I przypomina mi się jeszcze jedno wydarzenie. Dziecko usłyszało “Nie wolno”, gdy chciało coś zrobić. Obraziło się na mamę i nadąsało, na co mama wzięła dziecko na siłę na kolana i przytulała (zadośćuczynienie?). Dziecko nadąsane nie chciało tego. Zaprotestowało, więc zostało mocniej przytulone. Wyrywało się i nogą zrzuciło ze stołu kubek z kaszką. Dostało klapsa a mama się obraziła. W imię jakiej racji? Dostałam klapsa, bo wydarzył się wypadek? Dostałam klapsa, bo wyraziłam swoje zdanie? Tego jeszcze niespełna dwulatek może nie rozumieć, ale schemat zapisuje mu się w mózgu…

Nie mam dziecka, więc nie powinnam oceniać. Wydaje mi się jednak, że ludzie rzadko myślą o tym, co robią i jakie to może mieć skutki. Ale, jak już mówiłam, dziecka nie mam i nie jestem upoważniona do oceniania…

“Cień wiatru” Carlos Ruiz Zafon

Skończyłam czytać tę książkę wczoraj, bardzo późnym wieczorem. Wiedziałam, że muszę to zrobić w domu, bo jakbym wyglądała rycząc w autobusie bądź w pracy? A wiedziałam, że płakać będę… Tak więc skończyłam ale wciąż jestem pod niesamowitym wrażeniem. Ciągle o niej myślę, analizuję to wszystko, co się wydarzyło i ogromnie, przeogromnie tęsknię i pragnę więcej… I pomyśleć, że książkę tę dostałam dawno temu a do jej lektury zabierałam się jak pies do jeża…

Nie będę ukrywać, że poprzednią notkę napisałam w emocjach wywołanych Cieniem wiatru. Emocjach, jakich dawno nie doświadczyłam. Ogromnych i nieprzeniknionych. Emocjach, które przez cały czas lektury, towarzyszyły mi i bawiły się mną. Początkowa fascynacja i ciekawość dalszych wydarzeń coraz bardziej wchodziła w mrok, by zmienić się w gorycz, żal i ból trawiące moje wnętrze. Miałam wrażenie, że to wszystko dzieje się naprawdę, że jestem częścią tej historii i czuję ten cały strach i złość. Momentami miałam ochotę krzyczeć w poczuciu tej niesprawiedliwości, która plącze ludzkie losy i niszczy ich szczęście.

W miarę odkrywania kolejnych fragmentów historii różnych postaci, kolejnych wątków, wszystko układało się w dziwną całość. Przyznam, że przez chwilę nawet spodziewałam się takiego rozwiązania, ale wtedy autor szybciutko pogmatwał sytuację na tyle, żebym z pewnością odrzuciła swoje myśli i poszła w kierunku przez niego wyznaczonym. Oczywiście błędnie, przez co bardziej zbliżyłam się do myślenia Daniela i tym bardziej, jak on, pragnęłam poznać prawdę.

Gdy historia, w którą zamieszany był Carax, została niemal całkowicie rozszyfrowana, zniknęła tajemniczość, która zmuszała do sięgnięcia po książkę gdziekolwiek się dało. Nie oznacza to, że książka stała się od tego momentu nudna. Pozostał smutek, który wypełnił mnie całkowicie. Smutek tych wszystkich ludzi, którym nie udało się życie i przez wiele tamtych lat karmili się złudzeniami. Pozostała też ciekawość dalszych losów Daniela. Może chociaż on zasłużył na szczęście…

Ostatnie strony tej opasłej księgi (przy której ani razu, ani przez sekundę, nie miałam wrażenia, że się dłuży, czasem nawet, że zbyt wartko posuwa się do przodu), przynoszą nadzieję, którą utraciło się wcześniej, mając wrażenie, że bezpowrotnie. Dzięki temu czytelnik, po zakończeniu książki, nie jest pozostawiony sam pośród majaczących dookoła nieszczęśliwych zjaw. Niczym światełko w tunelu pojawia się zapowiedź szczęścia. Takiego zwykłego, w którym każdy może odnaleźć własną niezwykłość. Czego życzę sobie i Wam. A książkę polecam wszystkim, bez wyjątku.

Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie.

Łakomczuch

Lubię czytać. Gdyby ktoś zapytał, jakie książki najbardziej lubię, to odpowiedziałabym, że nie wiem. Bo ja nie jestem smakoszem książek. Nie mam swojego ulubionego gatunku, nie rozsmakowuję się w danej publikacji i nie rozmyślam nad nią. Jestem łakomczuchem. Wchłaniam każdy tekst pisany, czy to książka, czy gazeta, czy czasopismo, z niemal równym zatraceniem. Ale najsmaczniejsze są książki. Ciekawe, interesujące, zaje… jakby to powiedział Czesio. Pożeram z dziką chęcią.

Dlatego też lubię jeździć środkami komunikacji miejskiej. Poza szczególnymi przypadkami zazwyczaj udaje mi się gdzieś przycupnąć, lub oprzeć w taki sposób, by bez większego problemu zatopić się w lekturze. Przy czym jeśli chodzi o lektury szkolne, to w ich przypadku różnie bywało. Nie lubię, gdy ktoś zmusza mnie do przeczytania czegoś. Książka powinna być moim wyborem. Zdarzały się lektury ciekawe, ale zazwyczaj na te było mało czasu i nie docierałam do końca. Pozostałe często zastępowałam brykiem, bo jakieś inne teksty zajmowały mój umysł akurat.

A dobra książka umysł zajmuje powoli. Najpierw czai się na półce, często zapomniana. Czasem przychodzi prosto z księgarni/antykwariatu/biblioteki (choć teraz biblioteka to raczej rzadko). Czasem trafia w moje ręce jakoś tak przypadkiem. Biorę ją do ręki z pewną nieśmiałością i niepokojem. Czy mi się spodoba? Czy posmakuje? Czy może raczej czas stracę. Po pierwszych kilku zdaniach już wiem. Wiem, że teraz przez kilka dni będę żyła tylko książką. Że życie stanie się marginesem a ja zatracę się w czytaniu. Każdy autobus i tramwaj będzie przemijał niezauważony. Czasem przystanek zamieni się w czytelnię. W domu rzadko czytam. Czemu? Bo ciężko mi przerwać. Autobus i tramwaj mają to do siebie, że podróż kiedyś się kończy a w domu nawet ze snu mogłabym zrezygnować dla dobrej książki. Dlatego często powstrzymuję się przed otworzeniem jej w domu.

Z każdym zdaniem zatracam się w opisywanej historii. Są książki lepsze i są książki słabsze. Czytałam też kilka wybitnie wciągających. Niestety jestem łakomczuchem. Smakosz, gdy spróbuje jakiejś potrawy, długo o niej myśli, analizuje, wspomina. Łakomczuch cieszy się jedzeniem i jest danym posiłkiem oczarowany aż do następnego. Może pamięta jeszcze co jadł parę posiłków temu ale zeszły tydzień ginie w mrokach pamięci. Z książek pamiętam ogólne zarysy. Choć gdyby mnie zapytać, co przeczytałam w życiu to wątpię, że pamiętałabym chociaż połowę tytułów (o autorach już nie wspomnę). Pamiętam fragmenty dobrych książek. Im lepsza była tym więcej. Ale im więcej książek mam za sobą tym trudniej spamiętać fabułę. Ale nie mogę się powstrzymać przed pożeraniem kolejnej i kolejnej…

Najgorzej jest, gdy książka dobiega końca. Gdy już minę połowę dociera do mnie nieuchronność końca. Mniej więcej do tej połowy zjadam książkę nie patrząc na nic. Gdy mijam tę granicę, zaczynam się zastanawiać. Podejmuję nawet próby dawkowania sobie ilości przeczytanych na raz stron. Czasem się udaje. Ale nic nie zmieni faktu powolnego zbliżania się do końca. Im mniej stron mi zostało, tym bardziej czuję żal. Im więcej książek mam już za sobą, tym ten żal jest głębszy. Bo oto kończy się świat. To, czym żyłam ostatnimi dniami nagle się urywa. I nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Na następną jest jeszcze za wcześnie. Tej już nie przywrócę do życia. Ogarnia mnie swoista żałoba. I nie przesadzam tutaj ani trochę. Wspominam to, co w książce się zdarzyło i to, co ja przeżywałam czytając ją. Pal licho, gdy była to tylko dobra książka. Żal w miarę szybko przemija. Przy książkach fenomenalnych nie wiem, co ze sobą zrobić. Życie na ten krótki czas traci sens. Aż się nie pozbieram i nie sięgnę po kolejną, lub nie wciągnie mnie wir prawdziwych wydarzeń.

Książki są jak narkotyk. Wprowadzają mnie w trans. To chyba niebezpieczne…

Powiadają, że w książkach znajdujemy odbicie samych siebie. To, jak je traktujemy, co w nich znajdujemy, co nam dają, bardzo wiele mówi o nas samych. Co to wszystko mówi o mnie? Wolę pozostawić tę psychoanalizę innym. Boję się wyniku…

Trudne wybory

Wbrew pozorom wpis ten nie będzie traktował o dzisiejszych wyborach do Europarlamentu. Sprawa jest o wiele poważniejsza. Tzn dla mnie, jako jednostki. Bardziej ważna. Oczywiście w dzisiejszych wyborach wzięłam udział, choć raczej bez entuzjazmu. Nie dość, że brzydka pogoda i z domu wychodzić się nie chce to jeszcze przez przeprowadzkę nie przeznaczyłam zbyt wiele czasu na zorientowanie się w programach partii politycznych. Poszłam, bo tak należało. Skreśliłam to, co skreśliłam, bo było mniejszym złem. Jakoś ostatnio nie lubię polityki…

Wracając jednak do założonego tematu. Wybory. Trudne wybory życiowe. Adam wyczytał ostatnio, że człowiek dopiero około 26go roku życia zaczyna zdawać sobie sprawę ze swoich potrzeb i możliwości oraz zaczyna rozumieć, czego w życiu chce. Kiedyś obiło mi się o uszy, że ten moment przychodzi dopiero około 30stki… Generalnie czuję się w tej sytuacji rozgrzeszona jakoby. Ponieważ nic nie wiem. Mam ogólny plan posiadania szczęśliwej rodziny w domku z ogrodem. A jak do tego dojść, jak to osiągnąć to dla mnie czarna magia. Nie wiem, co w życiu chcę robić, kim być i w jaki sposób osiągać sukcesy. Zawsze mnie to okrutnie męczyło, ale teraz wiem, że podobno to dość normalne. Uff… Niestety nie zmienia to faktu, że czuję się z tym źle. Zwłaszcza wobec presji środowiska.

Jak wobec powyższych naukowych doniesień zrozumieć to, że już w ósmej klasie podstawówki (jakoś 15 lat miałam) kazali mi wybrać “odpowiednią szkołę”, która zaprowadzi mnie na “wybrane studia”… Studia? Były tak odległym tematem, że ciężko było sobie je nawet wyobrazić. Oczywiście są ludzie, którzy już w szkole podstawowej doskonale wiedzą, co w życiu będą robić i niezłomnie do tego dążą, ale jest to raczej ułamek społeczeństwa. Cztery lata później nadal nie wiedziałam, w którą stronę zmierzać… Wybrałam to, co w jakiś sposób mi odpowiadało i zadecydował los (no dobra, poziom moich umiejętności, ale czy to zawsze jest 100% wpływu na sytuację?). Kolejne lata spędziłam raczej miło i przyjemnie próbując wyobrazić sobie, zwizualizować siebie w roli, do której przygotowywały mnie studia. Nie wykluczam, że kiedyś zajmę się stricte architekturą krajobrazu. Może nawet otworzę swoją firmę. Ale nie jest to miłość bezgraniczna, do której spełnienia dąży się ze wszystkich swoich sił. Pracowałam w kwiaciarni. Przez pewien czas myślałam, że to jest właśnie to. Ale czas zweryfikował i to zauroczenie – po zakończeniu tamtej pracy nie umieram z tęsknoty. Dobrze mi było i może kiedyś jeszcze do tego wrócę, ale znów nie jest to miłość wszechczasów.

I tak trwam sobie już wiele lat w tym zamotaniu. Naprawdę nie jest mi z tym dobrze i mam wrażenie, że niestety nikt mnie nie rozumie. Może jak dobiję do 26tki to mnie olśni… A tymczasem przede mną kolejne decyzje. Stoimy właśnie, razem z Adamem, na życiowym rozdrożu. Choć wizje emigracji bliższej czy dalszej rozmyły się (przykro to mówić, ale nie mam tyle odwagi, determinacji i siły, by wyemigrować, by wyjechać daleko, zaczynać od zera w zupełnie obcym kraju, z zupełnie obcymi ludźmi, których nie rozumiem, jeśli się nie skupię…) to jednak kusi nadal wyjazd do większego miasta. Nie dlatego, że większego, lecz dlatego, że prężniej rozwijającego się, z szerszymi perspektywami, mądrzej zarządzanego. Szczecin, nie ma co owijać w bawełnę, ma problem ze zmianą tożsamości z “zapadłej dziury na peryferiach” na “miasto”. I mam wrażenie, że jeszcze długo to się nie zmieni… Ale wyjechać stąd to zostawić wszystko i zaczynać od zera. Nowa praca, ludzie, miejsca. Nowe trudności. Można zostać na miejscu, gdzie się wszystko zna, gdzie jest łatwiej. A jeśli zostać, to pracować dla kogoś, czy na własny rachunek? Jak na własny, to gdzie szukać pomysłu, który wypali?

Przeprowadzając się do nowego mieszkania daliśmy sobie maksymalnie dwa lata na podjęcie tych decyzji. To bardzo dużo z jednej strony, ale z drugiej czas bardzo szybko płynie. Także jeszcze parę dni temu mówiliśmy o tym, że mamy czas. Ale los płata figle i nagle okazuje się, że nie za dwa lata, nie za rok, ale właśnie teraz trzeba coś postanowić. Bo teraz jest moment przełomowy. Możemy go zmarnować, przeczekać. Możemy wykorzystać. Ale w którą stronę iść? Którą wybrać drogę? To wszystko jest tak bardzo trudne, że momentami po prostu nie ogarniam. Nie lubię ryzyka ale kto nie ryzykuje, ten nie je. Tylko gdzie są granice? Jak je wyznaczyć? A może to tylko przejściowe problemy, które możemy przeczekać, by za ten rok, może dwa, podjąć te ważne decyzje?

Nie wiem. Nic już nie wiem…

Witaj przybyszu

shenn

Nie ważne skąd przybywasz i dokąd zmierzasz. Trafiłeś tu do mnie, więc zostań chwilę, ogrzej się, odpocznij. Mam nadzieję, że Ci się spodoba i zostawisz odrobinę siebie.
.
It's like ten thousand spoons when all you need is a knife...
.
But I'm still standing better than I ever did, looking like a true survivor, feeling like a little kid...

.
Czuję się, jakbym miała 10 lat mniej, jakby czas zbyt szybko biegł i gubił mnie gdzieś po drodze. Mam swoje pasje, które utrzymują mnie jakoś na powierzchni, choć nie zawsze mam na nie czas. Zjada mi go często moje małe uzależnienie od sieci. Chwilowo znajduję się na kolejnym rozdrożu i kalkuluję, co mi więcej da, choć pewnie i tak życie zrewiduje wszystkie plany. Podobno ludzie mnie lubią. Zupełnie nie wiem za co.
.
shenn
.

Kalendarz

Czerwiec 2009
P W Ś C P S N
« maj   lip »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930  

Kategorie

Archiwum