Przeprowadzka part 1 czyli wymiatanie resztek naskórka pamięci
Tytuł brutalny ale i brutalne myśli nawiedzają mnie podczas tego całego sprzątania… (Notka pisana wczoraj w pracy na kartce.)
Za kilka dni przeprowadzamy się. Nie był to nasz osobisty wybór. Właściciele mieszkania zmienili plany wobec niego i w ten sposób zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia go. Całe szczęście dowiedzieliśmy się o tym nieco ponad dwa miesiące przed terminem wyprowadzki. Zaczęliśmy gorączkowe poszukiwania. Biorąc pod uwagę nasze koty oraz bardzo niewysokie fundusze perspektywy były marne. Jedyną realną szansą było znalezienie lokum po znajomości. Całe szczęście, że tak właśnie się stało.
Na początku maja otrzymaliśmy klucze do mieszkania od przesympatycznego lekarza, którego mama mieszkała właśnie w tym lokalu. Dlaczego tak wcześnie, skoro przeprowadzka miała się odbyć dopiero pod koniec miesiąca? Otóż w mieszkaniu tym nikt nie mieszkał przez ostatnie 3 lata i wymagało sprzątania. Większość sprzętów i gratów pan doktor w międzyczasie zabrał a potem my wzięliśmy się do porządków. I tak trwają one po dziś dzień. Jeszcze trochę do zrobienia zostało a już w sobotę zaczynamy przenosiny, więc jeszcze wypadałoby się popakować… Ale nie o tym chciałam pisać.
Podczas pakowania pozostawionych bibelotów w kartony i upychania ich na pawlaczach i w szafach, podczas wrzucania książek do kredensu, podczas wyrzucania niepotrzebnych drobiazgów do śmieci zaczęły nachodzić mnie refleksje.
Człowiek gromadzi przez całe życie różne rzeczy – książki, kryształy, figurki. Kupuje, dostaje i powiększa swoją kolekcję przedmiotów. Przywiązuje się do nich, przyzwyczaja i już nie potrafi sobie wyobrazić życia bez nich i nawet przez myśl nie przechodzi mu, że mógłby się ich pozbyć.
A potem umiera. Nieważne jak i kiedy, bo każdego to dosięgnie. Umiera a wszystko co materialne zostaje.
I gdy minie już żałoba wchodzi ktoś w tą przestrzeń prywatną. Małżonek, dzieci czy inna rodzina. Zaczyna przeglądać. Ocenia wartość rzeczy, ich przydatność. Dla siebie. Gdy jeszcze tę osobę wiąże z nimi jakiś sentyment, to rzeczy przetrwają. Choć czasem w pudle w piwnicy będą czekać na lepsze czasy. Gdy mają wartość – również mają szansę przetrwać, choć może już w innych rękach, dla spadkobiercy spieniężone. Reszta, z braku pomysłu, zostanie upchana w pudłach, szafach, pawlaczach. Jeśli oczywiście jest taka możliwość. Pozostałe wylądują w pojemniku PCK, może posegregowane do recyklingu lub po prostu w workach na zwykłym śmietniku. Lazurowe buciki na obcasie, z prawdziwej skóry, na pewno kiedyś modne. Robot kuchenny, ówcześnie krzyk mody i osiągnięcie techniki. Pralka Frania mimo wielu lat nadal sprawna. Rajtuzy, pończoszki, kolorowe chusteczki, czepek do spania. Do pojemnika, na pawlacz, do piwnicy, na śmietnik…
A potem do mieszkania wchodzą zupełnie obcy ludzie. Przeglądają wszystko jeszcze raz, przestawiają ulubiony układ mebli, wypatroszają szafki. Czyszczą, pucują, wietrzą a później zapełniają ukochaną przestrzeń sobą i swoimi “zbiorami”…
Najwięcej czasu podczas sprzątania spędziłam w kuchni. Przetrzepałam każdy kąt, przejrzałam wszystkie garnki, obejrzałam każdy widelec, wybebeszyłam szafki. Wszystko, by zatrzeć to, co było i zrobić miejsce na własny ład. Podczas sprzątania natknęłam się na wiele rzeczy. Rzeczy, które na pewno dla starszej pani wiele znaczyły. Znalazłam pudełko pełne drucików, spinaczy, szpilek i otwieraczy. Gromadzone na pewno przez dłuższy czas. Przydatne i użyteczne. Dla Niej. A ja to wszystko wyrzuciłam do kosza. Rurki od soczków, patyczki do ciasta, kawałki pergaminu, naklejki na słoiki i wiele tego typu drobiazgów poszło do worka. Ślady osoby, które je gromadziłam, pamiętające jej dłonie i zapach. Te wszystkie duperele – wspomnienia. Część wyląduje w śmieciach, część zostanie upchnięta w szafach. Cały kurz wymieciony, ostatnie ślady wyszorowane płynem do podłóg.
Koniec. Zamknięcie drzwi.
I tylko meble, tapety, kafelki, deski podłogowe pamiętać będą te ręce, które je myły, te stopy, które po nich stąpały. Ciepło kobiety, która spędzała tu swoje dnie. Tylko one. A to i tak sporo, bo po generalnym remoncie nie zostałoby nic…
—
Wchodząc pierwszy raz do tego mieszkania czułam w powietrzu ciężar wspomnień. Po tych kilku dniach wietrzenia, zmywania, szorowania, wycierania powietrze robi się jakby lżejsze. Jeszcze tylko ostatnie sprzęty poprzecierać, podłogę wyszorować i wytrzepać dywany i będzie można się wprowadzić.
Ciekawe jak dużo czasu zajmie mi przyzwyczajenie się. Kiedy powiem “nie ma to jak w domu”. Bo póki co bardzo bardzo bardzo bardzo nie chcę się przeprowadzać, ale to już inna historia…
Drugi miesiąc stażu
Drugi miesiąc stażu minął (kilka dni temu) spokojniej. Rozpoczął się monitoring przeciwpożarowy, więc część dni upływała na gapieniu się w monitor. Ogólnie nudna czynność. Poprzedni telewizor, podobno, miał chociaż funkcję PIP, która umożliwiała oglądanie telewizji w małym kwadraciku w rogu ekranu. Teraz tylko radio uprzyjemnia czas, choć biorąc pod uwagę, że Trójki tam złapać nie mogę to… Jednak biorąc się za podobne podsumowanie, co poprzednio, mogę powiedzieć, że:
Spotkałam: trzy sarny, które zamyślone (jak ja) ujrzały mnie dopiero przy około 5-7 metrach odległości od nich, kilka ptaków drapieżnych, doktoranta z AR, który opowiadał mi i leśniczemu o roślinach znajdujących się przy Szmaragdowym.
Przeczytałam lub przejrzałam: wszystkie książki znajdujące się w leśniczówce Dąbie – pewnego nudnego dnia zabrałam się za ich porządkowanie na półce, co spotkało się z przychylnością leśniczego, który po uporządkowaniu dorzucił mi jeszcze zadanie sprawdzenia stanu faktycznego biblioteczki z listą wykonaną parę lat temu.
Dowiedziałam się/poznałam: zasady działania radiostacji, sposób jej obsługi, nawoływania się i nasłuchiwania.
Wykonałam: kilka kontroli dotyczących sprzątania + raporty, kontrolę terenu leśnego pod kątem kradzieży drewna (samodzielnie!! kradzieży nie stwierdziłam).
Brałam udział w: pilnowaniu pracowników przy grabieniu liści, malowaniu poręczy drewnianych i krawężników, interwencji w sprawie wędkowania na Szmaragdowym, interwencji w sprawie bezprawnego wjazdu motocyklem crossowym na teren lasu (Motocyklista zatrzymał się ale nie raczył zdjąć kasku ani wyłączyć silnika. Stwierdził, że świadomie łamie prawo. Nie miał rejestracji. Motor i strój był w kolorystyce biało-niebiesko-czarnej, na koszulce z tyłu napisane miał “Adam”. Niech się teraz strzeże, bo wszystko jest zanotowane.).
Ponadto: z upoważnienia leśniczego podbiłam pieczątkę i podpisałam się na dwóch dokumentach (dla MPO i deratyzacji – cóż za zaszczyt;-]), odwiedziłam z Martą wąwóz w Puszczy, w którym wieki temu nie byłam a z którym mam dość miłe wspomnienia, złożyłam podanie o przedłużenie stażu (jeszcze nie znam wyników) oraz dwa tygodnie spędziłam na monitoringu.
Z tym monitoringiem to też ciekawa sprawa, ponieważ łączna suma dni, które miałam tam spędzić wynosiła 10 a godzin w sumie 60 (wychodzi średnio 6 na dzień, co jest dla nas korzystne, bo i tak liczy nam się cały dzień, nawet jak są to tylko 4 godziny) ale dzięki opadom deszczu sumy te wyniosły nieco mniej – 7 dni czyli 42 godziny (a nawet i 40,5 bo raz puścili mnie wcześniej). Żeby było ciekawiej – żadnych konsekwencji;-).
Trwa trzeci miesiąc praktyk. Nie wiem czy ostatni to, czy dążący do półmetka. Czekam na przesyłkę z PUP…
“darowanemu się nie zagląda”
Porządkując ostatnio mojego klienta pocztowego (czyt.: czyszcząc z niepotrzebnych maili) natknęłam się na maile, które były wynikiem jakiegoś błędu serwera pocztowego (czy administratora tegoż) portalu gazeta.pl.
12 stycznia o 12:22 pojawiła się pierwsza wiadomość e-mail. W temacie miała: Źle zabezpieczona lista mailingowa… a w treści: …Czyli jak rozsyłać spam do wszystkich użytkowników serwera gazety korzystając z nieudolności ladmina…. I zaczęło się. Mniejsza o dokładny opis problemu, bo nawet już nie pamiętam szczegółów, ale maile zaczęły się mnożyć i mnożyć. Do godziny 13:36 otrzymałam jakieś 314 wiadomości. A nie wiem ile następnych zostało wyłapanych przez filtr anty-spamowy. Następnego dnia przyszła wiadomość od administratorów: Portal Gazeta.pl przeprasza wszystkich użytkowników poczty Gazeta.pl, którzy odczuli przykre konsekwencje błędu w konfiguracji adresu jednej z grup mailingowych.
Natychmiast po otrzymaniu informacji o zaistniałym błędzie adres grupy mailingowej został zablokowany. Wysłane maile mogły jednak spływać na skrzynki adresatów z opóźnieniem, także po zablokowaniu adresu grupowego.
Zapewniamy, że żaden z adresów mailowych użytkowników poczty nie był i nie jest widoczny dla nadawców wiadomości wysyłanych na adres grupy mailingowej.
Zespół Gazeta.pl Poczta
Żeby było śmiesznie – jeszcze 14go stycznia dostałam trzy kolejne informacje a 16go jeszcze pięć…
W tej notce chciałam przekrojowo ująć polskie społeczeństwo korzystające tamtego dnia ze skrzynki na gazeta.pl. *
Continue reading
Twój kot jest prawo- czy lewołapny?
Czy koty, tak jak ludzie, mogą być prawo- lub lewołapne? Takie pytanie zadał sobie Michael – uczeń ze stanu Utah poszukując tematu na szkolne targi naukowe. Nawet gdyby okazało się, że nie można tej informacji wykorzystać do produkcji zabawek dla prawo- lub lewołapnych kotów to jednak jest to ciekawy temat do zbadania. Zwłaszcza dla miłośnika kotów, który dzięki takiemu tematowi mógł połączyć przyjemne z pożytecznym.
Michael przygotował trzy testy i wybrał się do pobliskiego schroniska-farmy dla zwierząt. Pierwszy test polegał na dyndaniu przed kotem zabawką i obserwowaniu, której łapy użył, by pacnąć zabawkę. Do drugiego testu potrzebna była szklanka ze smakołykiem wewnątrz. Położona przed kotem kusiła, by po smakołyk sięgnąć łapą. Ostatnim testem było podanie koty jedzenia na łyżeczce w taki sposób, by znajdowało się poza zasięgiem pyszczka i wymuszało użycie łapy.
Michael liczył ile razy koty używały swoich prawych i lewych łap do wykonania testów ale nie przewidział kilku rzeczy. Niektórzy badani nic sobie z badań nie robili, inni zaś chcieli w nich brać udział znowu i znowu. Zdarzyły się też przypadki kradzieży smakołyków przez kocich sabotażystów. Całe szczęście dzięki wielkiej cierpliwości ucznia i jego mamy badanie dotarło do końca.
Młody naukowiec przebadał 30 kotów i wyciągnął następujące wnioski:
59% kotów jest lewołapnych
26% kotów jest prawołapnych
15% kotów jest obułapnych.
A jak tam Wasze koty? ;-)
Źródło: Best Friends Animal Society
Stephen Baker – Jak żyć z neurotycznym kotem
Bóg stworzył puszysty kłębek, który z braku lepszego pomysłu nazwał Kotem. Przyjrzał się swemu dziełu i pokręcił głową. To nie było dokładnie to, co zamyślił.
Książkę zakupiliśmy podczas Dnia Książki w Empiku. Niestety Empik w Galaxy nie posiada zbyt szerokiej oferty dobrych książek dotyczących kotów dlatego też tym bardziej się cieszę, że ta książka jednak znalazła się na półkach tego sklepu.
Podobnie jak ludzie, koty mają czasem ochotę chodzić po ścianach., Różnica polega na tym, że one potrafią.
Książeczka na jedno popołudnie (albo na podróż z pracy do domu;)) ale spędzone bardzo przyjemnie. Humorystyczne spojrzenie na koty, dla których powodem wszelkich problemów (a w efekcie neurozy) jest człowiek. Człowiek, który wierci się w nocy i nie daje kotu spać, człowiek, który zamiast serwować kawior z bieługi podaje jakieś suche chrupki i na dodatek po tym wszystkim próbuje kota wytresować…
Ze wszystkich zabawek żadna nie jest zaprojektowana lepiej niż sam właściciel. Duża, wielofunkcyjna, z elementami, którymi można poruszać niemal we wszystkich kierunkach. Otrzymuje się ją od razu kompletnie zmontowaną. W dodatku, kiedy się na nią wskoczy, wydaje dźwięki.
Także drogi człowieku – zajrzyj do książeczki, poczytaj, przestudiuj mnóstwo rysunków i zrozum, że utrudniasz swojemu kotu życie. Zacznij zmieniać swoje zachowanie, by zwierzak mógł być szczęśliwy;-). Zdecydowanie polecam tę pozycję.
Koty nie rodzą się neurotykami. Stają się nimi kilka minut po urodzeniu.
Ostatnie komentarze