#wyzwanienamiesiąc

Kiedyś miałam w RSSach bloga o rozwoju (niespodziewane, nie?). I nawet go czytałam od czasu do czasu. Ale oczywiście jednym okiem weszło, drugim wyszło i tyle go widzieli… W każdym razie na tymże blogu autor kiedyś opisał metodę poprawiania swojego życia polegającą na podejmowaniu wyzwań na miesiąc. Tylko miesiąc, bo roczne postanowienia nigdy nie zdają egzaminu a miesiąc to akurat tyle czasu, że jest się w stanie człowiek zmusić przez te 30/31 dni codziennie do jakiejś aktywności/pracy itp. a jednocześnie nie jest to tak mało, żeby pozostało niezauważone.

Tym wyzwaniem może być cokolwiek, co wpłynie na jakość naszego życia, na nasze ciało bądź umysł, na produktywność. Generalnie coś, co da nam jakiś profit. Na przykład codzienna aktywność fizyczna, jeśli mamy problem z nadwagą, zdrowiem czy regularnością. Codzienna nauka czegoś (języka, programowania, różnych umiejętności). Kładzenie się spać i wstawanie wcześniej. Praca na stojąco. Porządkowanie, tworzenie itp.

Po co? Primo: aby się przezwyciężać. Zwłaszcza swoje lenistwo. A takie przezwyciężanie kształtuje też charakter. Secundo: aby oczywiście poprawić coś w swoim życiu. Tertio: wypracowane nawyki po miesiącu często zostają w grafiku życia na dłużej. Może już nie każdego dnia, ale jednak.

Pod koniec lipca postanowiłam spróbować i podjąć wyzwanie na sierpień. Na pierwszy ogień poszła aktywność fizyczna. Póki jeszcze ciepło, widno i dużo czasu. Postanowiłam każdego dnia przeznaczyć minimum 30 minut na ruch. W założeniu miał być to nordic walking, obiecałam też sobie, że przynajmniej raz spróbuję jakiejś aktywności, której nigdy nie robiłam (np joga, pilates, zumba itp).

Jak było? Momentami ciężko. Zmęczenie kazało zostać w domu, przy komputerze… Ale brałam się za siebie i wychodziłam. Dużo pomogło, że A. chodził ze mną. Gdy pierwszy raz nie mogłam wyjść z powodu pogody, ćwiczyłam z Mel B nogi, pośladki i brzuch, po 10 minut każde. Morderczy trening, polecam ;). Później miałam tę przyjemność jeszcze kilka razy i to nie zawsze ze względu na pogodę. W którymś momencie pożyczyłam od brata obciążniki i kilka razy poszłam z nimi na nogach. Raz nie ćwiczyłam wieczorem, bo tego dnia przeszłam plażą ze Świnoujścia do Międzyzdrojów. Raz tańcowałam całą noc na weselu, raz wracałam energicznie na piechotę z Wałów z Pyromagic, raz poszliśmy (również energicznie) obejrzeć halę widowiskowo-sportową.

Niestety zrobiłam całych 31 dni. W jeden weekend mieliśmy biwak. I o ile piątek można uznać za zaliczony (z plecakiem spod szkoły na Wzgórze) o tyle w sobotę dałam sobie spokój, choć spokojnie miałam czas i możliwości w ciągu dnia na energiczny spacer. Jednego dnia zamiotłam podłogi, odkurzyłam dywany i zmyłam podłogę – po godzinie takiego maratonu nie miałam już ochoty na jeszcze więcej pocenia się. Nie dałam też rady w ostatnią sobotę – popołudniu jechałam na urodziny i wcześniej po prostu się nie wyrobiłam.

Nie udało mi się też zaliczyć żadnej nowej aktywności. Tutaj niestety wygrało lenistwo…

Generalnie jestem zadowolona. Waga tylko 1 kg w dół, ale wizualnie dużo lepiej (przypominam sobie ciągle, że mięśnie są cięższe niż sadło). Aktywność dawała jakieś takie poczucie sensu, energię psychiczną (bo zwykle ćwiczyłam na sam koniec dnia, więc później mycie i spanie). To wyzwanie pokazało mi też, że nie jest aż tak trudno znaleźć chwilę na ćwiczenia. Na pewno będzie ciężej teraz, jak wrócą obowiązki, ale czuję, że choćby 10 minut z Mel B będę w stanie zrobić a przynajmniej raz w tygodniu wyjść na kijki. Może uda się zapisać na jakiś rodzaj fitnessu.

Co we wrześniu? Miałam całą masę pomysłów: naukę języka obcego, naukę programowania, słuchanie nowej muzyki, sprzątanie ogólnie wszystkiego (ooo, to by się przydało nawet na dwie edycje ;) ), codzienne pisanie na blogu, fotografia, szycie, ogólne rękodzieło… Postanowiłam, że pisanie wezmę w październiku – to będzie taki miesiąc pełen przemyśleń tak czy siak, więc przynajmniej gdzieś ujdą… A i na wycieczce pisać można choćby na telefonie, więc nic nie będzie stało na przeszkodzie. Listopad może być sprzątaniem lub rękodziełem lub programowaniem, zobaczymy. A wrzesień?

Wrzesień będzie nauką norweskiego. Codziennie około 30 minut (minimum 20). Z książki „Blondynka na językach”, z portalu http://nocnasowa.pl/ i co mi tam jeszcze przyjdzie do głowy. Pierwszy dzień niestety odpadł, ale to dlatego, że czułam się fatalnie, ledwo wytrzymałam w pracy i po obiedzie położyłam się spać… Wstałam późno, w nieco tylko lepszym stanie, zjadłam, wypiłam herbatę, napisałam ten wpis i idę znów spać. I życzę teraz sobie „Lykke til!” ;)

A może ktoś z Was również podejmie jakieś wyzwanie na wrzesień? :)

Człowiek mrówce wilkiem

Czekając po pracy na autobus przysiadłam sobie na murku koło przystanku. Od kiedy na miejsce przedszkola wprowadziła się firma handlująca m.in. markizami, okolica się pozmieniała. Z drzewek i krzewów pozostał tylko cis a i tak w mocno okrojonym stanie. Jabłonka, bzy i cała reszta poszła precz. Bo przecież nie można się tak zasłaniać, klienci muszą widzieć (a cisa nie wycięli, bo nie mogą. gdyby to nie był cis to jego też by już nie było*). No więc usiadłam sobie na tym murku, obecnie obsadzonym płożącymi się odmianami krzewów i wystawionym na słońce. Usiadłam, chrupałam wióry i czytałam szczeciński kryminał. Akurat więcej to on ma z jakiejś powieści, obyczajówki czy coś, niźli z kryminału. Następne będą moje ulubione trupy Becketta… Ale czyta się dobrze. Więc tak siedzę i czytam i nadjeżdża autobus. Wsiadam, siadam, czytam dalej. Nagle widzę jak po torbie pomyka mrówka. Zrzucam. Pomyka kolejna (albo ta sama ale mocno zdeterminowana). Zrzucam. A potem sobie myślę, że biedna ona (one), że tak wsiadła do autobusu ze mną. I że nawet jeśli nikt jej nie zadepcze to np wysiądzie sobie na końcowym i co ze sobą zrobi? Do domu daleko, nijak trafić, nawet jeśli sił by jej starczyło. Obce plemię zapewne nie przyjmie przyjaźnie. Pozostanie skonać w samotności… Kurcze, ale zgotowałam los biednej mrówce/mrówkom…

A może ktoś się zna na mrówkach i ich zwyczajach i jakoś mi humor poprawi? Że na przykład mrówcze plemię przyjmie zabłąkaną? Albo, że zostanie ona królową i założy swoją kolonię? Albo, że mrówki mają niesamowity zmysł orientacji i ogromne pokłady energii i cała i zdrowa wróci do siebie?

Meh…


*say it in English ;)

Instruktorskie marudu-marudu

Starzeję się okropnie. W ostatnią sobotę, na konferencję strategiczną Chorągwi, ubrałam do munduru rajstopy i czarne buciki zamiast getr i treków. Najgorsze, że po prostu poczułam taką potrzebę… Ale to taka dygresja mała, choć trochę w temacie.

Czasem szykując zbiórkę na ostatnią chwilę (nie czytajcie młodzi drużynowi i przyszli instruktorzy, tak się nie robi) szukam jakiejś inspiracji w internecie. Nie to, że nic mi do głowy nie przychodzi, ale albo przyłażą oklepane schematy albo nie chce mi się po raz kolejny robić czegoś w ten sam sposób. Jak się jest drużynową dziesięć lat to pewne rzeczy mogą się lekko znudzić. Więc szukam nowych pomysłów, pachnących świeżością. Wrzucam hasło w gugla, przeszukuję co tam wypluwa i… I niemal za każdym razem się zawodzę. Konspekty zbiórek, które wyskakują są, mówiąc delikatnie, nudne.

Harcerze stają przed powieszonym na tablicy plakatem z tekstem hymnu ZHP. Na komendę zastępowej następuje
odśpiewanie hymnu, przez osoby, które znają melodię. Następnie prowadzący mówi, w jaki sposób powstał hymn, kto
jest jego autorem, od kiedy obowiązuje i co było uważne wcześniej za hymn harcerski. Po tym zastępowa rozdaje
harcerkom przedstawione informacje na kartkach i tekst hymnu. Jeszcze raz jest odśpiewany hymn i tym razem
wszyscy włączają się w śpiew.

No halo! Już lata temu prowadziłam rozsypanki, przedstawianki, uzupełnianki, rysowanki i Bógjedenwiecojeszcze-anki do nauki piosenek…

To tylko taki przykład, nie mam czasu wypisywać kolejnych (bo szykuję zbiórkę na jutro ;) ). Ale baaardzo często powtarza się schemat – harcerze siedzą a drużynowy/zastępowy opowiada. Jak wykłady na studiach! Ja wiem, że czasem ciężko coś wymyślić, sama często mam problem i różnie to wychodzi. Ale wiem, że jak harcerz się nie porusza, nie dostanie różnorodnych bodźców to uzna zbiórkę za nudną. Trzy pod rząd i już mu się nie będzie chciało zwlekać z krzesła przed komputerem, żeby znów się ponudzić… Jest trudno, wiem. Kursy przewodnikowskie i metodyczne (ba! nawet kursy zastępowych i przybocznych!) też często wyglądają jak ciąg wykładów. To już broszka kształceniowców, ale ich przykład wpływa na drużynowych (I ZASTĘPOWYCH! horror…).

Czasem roi mi się wygrać miliony w totka, nie pracować, żyć z procentów i oddać się całkiem swoim hobby (a wśród nich temu największemu, coby choć trochę naprawić świat…)

Bez ukrywania się za spódnicą Czarodziejki

Zawsze wiedziałam, że ten dzień będzie się ciągle przybliżał, przybliżał, aż nadejdzie. Zawsze to wiedziałam, bo przecież ile można. To znaczy można długo, mamy zresztą taki przykład u nas w Hufcu. Zapewne można też i dłużej, bo w zasadzie czemu nie. Jeśli to wciąż komuś sprawia radość, jeśli potrafi się rozwijać, dopasowywać do zmieniających warunków, jeśli nadal ma w sobie to coś, co przyciąga młodych ludzi. Jeśli do tego nie zaniedbuje swojego prywatnego życia. To nie ma przeciwwskazań. Tyle, że my zawsze snuliśmy plany, w których nie było miejsca na Szczecin jako miejsce zamieszkania, pracy, życia. To miała być zagranica. Kiedyś Kanada, później trochę bezpieczniej – jedno z europejskich państw. Gdyby nie, to miało być któreś z większych miast tutaj. Z rozwojem, z możliwościami, z zapleczem. Ale to zawsze było „kiedyś”… A życie płynie coraz szybciej, młodsi nie będziemy, pewne decyzje tupią już niecierpliwie w oczekiwaniu na podjęcie. Więc zostały podjęte, dawały nam jednak pewien zapas czasowy na rozwiązanie innych spraw, na dobre ich zakończenie/przekazanie, na stopniowe odrywanie się. Ale życie płynie i często zaskakuje. Pojawiają się nowe możliwości-konieczności. A że karma to dziwka, te możliwości-konieczności pojawiają się zawsze wtedy, gdy zaczyna na czymś innym mocno zależeć. I gdy udało mi się wreszcie, by drużyna rozwinęła szeroko skrzydła, złapała dobry wiatr w żagle, zaczęła porządnie wędrówkę ku górze, osiągając w końcu rezultaty. Gdy już nie tak wiele brakowało do stworzenia dobrego zaplecza kadrowego. Gdy ten czas do realizacji podjętej decyzji wydawał się niemal idealny. Wtedy okazuje się, że trzy lata zmieniają się w zasadzie w pół roku i to nie z naszego wyboru. Że za pół roku trzeba będzie sobie nagle amputować kawałek duszy i ciała. Zostawić ten prawie doskonale nadmuchany balonik z lichą niteczką, prawdopodobnie niezdolną do utrzymania tego powietrza. Zabrać szalunki spod niewykończonego stropu. Opuścić to dziecko, na które się dmuchało i chuchało, któremu poświęciło się tyle czasu i uwagi. Opuścić to dziecko, które nie jest jeszcze gotowe, by kroczyć samemu. Opuścić to ukochane dziecko, gdy wreszcie odnalazło się sposób na czerpanie z tego wszystkiego ogromnej radości. Opuścić i z oddali patrzeć, jak (prawdopodobnie) marnieje, gaśnie…

Im bardziej to do mnie dociera, tym bardziej chce mi się wyć… Niby jeszcze nie ma papieru, niby nie ma decyzji, nie wiadomo czy decyzja przetrwa do jesieni. Ale szanse są tak duże, że zdziwię się, jeśli będzie inaczej.

Czas się szykować na ból…

Dlaczego warto zrobić sobie drzewo genealogiczne

O regularnym wykonywaniu pewnych badań trąbi się non stop (cytologia na ten przykład). Trąbiła też ostatnio, bardzo fajnie zresztą, Wiewióra. O szwedzkich studentach przyjeżdżających w poszukiwaniu raka. O TU trąbiła.

To oczywiście bardzo ważne. Szalenie wręcz. Ale dziś nie o tym, a o drzewie genealogicznym.

Na dobry początek weź kartkę i ołówek/długopis/kredkę/cokolwiek-do-pisania/komputer i narysuj swoje drzewo genealogiczne. Obejmij w nim swoje rodzeństwo, rodziców, ich rodzeństwo (ich dzieci też możesz, choć to już nie tak istotne) oraz rodziców swoich rodziców (ergo swoich dziadków). To takie minimum. Możesz dodać rodzeństwo swoich dziadków i ich dzieci, albo i swoich pradziadków, ale na następnym etapie może się to okazać problemowe. W każdym razie wyrysuj chociaż to minimum.

Następnie wypisz przy każdej osobie choroby na które cierpi, cierpiał/a. W szczególności wszelkie raki, choroby serca, tarczycy, nerek i reszty istotnych narządów. Miażdżyca, nadciśnienie, cukrzyca etc. Zadzwoń do mamy, cioci, babci (zwykle to kobiety lepiej wiedzą, kto na co w rodzinie choruje) i wypytawszy uzupełnij swoje drzewo.

Weź kredki i zakreśl jednym kolorem powtarzającą się chorobę, problem, niedomaganie. Innym kolorem kolejną. Po czym spójrz, przeanalizuj i zaplanuj na najbliższy czas kontrolę nerek, tarczycy, serca, cukru, czy co tam się wyłoniło. Jak nie jest ok – działaj. Jak jest ok to świetnie. Zapisz w kalendarzu kontrolę za rok. Nie za trzy czy pięć. Za rok.

Pytasz – czemu rok, co tam się może przez rok wydarzyć, skoro zdrowym? Bo może się okazać, że wynik, który mieścił się pięknie w środku dozwolonego przedziału, po roku wyskakuje nieco ponad. Działając szybko możemy sytuację łatwo okiełznać. Kto wie, jak wysoko byłby za te trzy-pięć lat?

Tak więc do kredek drogie Panie, szanowni Panowie! Do kredek, jeśli ważne jest dla Was zdrowie i życie!

- – - – -

Kilka dodatkowych wyjaśnień:

* Przecież większości chorób nie dziedziczy się genetycznie! Owszem, ale można dziedziczyć skłonność do pewnych chorób, odchyleń, problemów zdrowotnych. Można dziedziczyć słabość organizmu w pewnych obszarach, aspektach. Dlatego lekarze tak często w wywiadzie pytają o występowanie podobnych schorzeń w rodzinie. (i to zresztą też jest plus dla naszego drzewa – w przypadku wątpliwości możemy sięgnąć doń pamięcią i skierować lekarza na właściwe tory – przecież nie musi wiedzieć, że nasze wahania ciśnienia całkiem prawdopodobnie mogą się przechylić na nadciśnienie, skoro miała je już nasza ciotka, babka i dziadek).

** Przecież wystarczy co roku robić sobie komplet badań, po co te szopki z rysowaniem? Pewnie, można. Tak byłoby zresztą najfajniej. Ale wydaje mi się, że niewielu lekarzy skłonnych jest co roku dawać skierowanie na komplet badań. Oni są z tego też rozliczani. A robić wszystko prywatnie… No ja bym się nie podjęła finansowo.

*** Rodzina żony/męża nie wchodzi w grę przy takim drzewie. Nie ważne jak ją/go kochasz, nie jest z Tobą spokrewniona/y! Chyba, że robisz je właśnie dla żony/męża. Lub dla Waszego dziecka. Warto.

**** Im większe drzewo tym lepiej. Ale nie popadajmy w paranoję. Kuzynka piątej wody ma zdecydowanie mniej z Tobą wspólnego genetycznie, niż Twoja praprababcia. Rozważ to, zanim zamęczysz rodzinę pytaniami.

***** Tak, to wpis wynikający z moich doświadczeń. Tak, wybieram się wkrótce do specjalisty. Tak, zrobiłam sobie, ot tak przy okazji, jedno badanie, bo w rodzinie występowały przypadki. Tak, rok temu było w normie. Cztery lata temu również. Nie, nic poważnego, na razie, ogarniemy zanim spoważnieje :).

Witaj przybyszu

shenn

Nie ważne skąd przybywasz i dokąd zmierzasz. Trafiłeś tu do mnie, więc zostań chwilę, ogrzej się, odpocznij. Mam nadzieję, że Ci się spodoba i zostawisz odrobinę siebie.
.
It's like ten thousand spoons when all you need is a knife...
.
But I'm still standing better than I ever did, looking like a true survivor, feeling like a little kid...

.
Czuję się, jakbym miała 10 lat mniej, jakby czas zbyt szybko biegł i gubił mnie gdzieś po drodze. Mam swoje pasje, które utrzymują mnie jakoś na powierzchni, choć nie zawsze mam na nie czas. Zjada mi go często moje małe uzależnienie od sieci. Chwilowo znajduję się na kolejnym rozdrożu i kalkuluję, co mi więcej da, choć pewnie i tak życie zrewiduje wszystkie plany. Podobno ludzie mnie lubią. Zupełnie nie wiem za co.
.
shenn
.

Kalendarz

Wrzesień 2014
P W Ś C P S N
« maj    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930  

Kategorie

Archiwum