Bez ukrywania się za spódnicą Czarodziejki

Zawsze wiedziałam, że ten dzień będzie się ciągle przybliżał, przybliżał, aż nadejdzie. Zawsze to wiedziałam, bo przecież ile można. To znaczy można długo, mamy zresztą taki przykład u nas w Hufcu. Zapewne można też i dłużej, bo w zasadzie czemu nie. Jeśli to wciąż komuś sprawia radość, jeśli potrafi się rozwijać, dopasowywać do zmieniających warunków, jeśli nadal ma w sobie to coś, co przyciąga młodych ludzi. Jeśli do tego nie zaniedbuje swojego prywatnego życia. To nie ma przeciwwskazań. Tyle, że my zawsze snuliśmy plany, w których nie było miejsca na Szczecin jako miejsce zamieszkania, pracy, życia. To miała być zagranica. Kiedyś Kanada, później trochę bezpieczniej – jedno z europejskich państw. Gdyby nie, to miało być któreś z większych miast tutaj. Z rozwojem, z możliwościami, z zapleczem. Ale to zawsze było „kiedyś”… A życie płynie coraz szybciej, młodsi nie będziemy, pewne decyzje tupią już niecierpliwie w oczekiwaniu na podjęcie. Więc zostały podjęte, dawały nam jednak pewien zapas czasowy na rozwiązanie innych spraw, na dobre ich zakończenie/przekazanie, na stopniowe odrywanie się. Ale życie płynie i często zaskakuje. Pojawiają się nowe możliwości-konieczności. A że karma to dziwka, te możliwości-konieczności pojawiają się zawsze wtedy, gdy zaczyna na czymś innym mocno zależeć. I gdy udało mi się wreszcie, by drużyna rozwinęła szeroko skrzydła, złapała dobry wiatr w żagle, zaczęła porządnie wędrówkę ku górze, osiągając w końcu rezultaty. Gdy już nie tak wiele brakowało do stworzenia dobrego zaplecza kadrowego. Gdy ten czas do realizacji podjętej decyzji wydawał się niemal idealny. Wtedy okazuje się, że trzy lata zmieniają się w zasadzie w pół roku i to nie z naszego wyboru. Że za pół roku trzeba będzie sobie nagle amputować kawałek duszy i ciała. Zostawić ten prawie doskonale nadmuchany balonik z lichą niteczką, prawdopodobnie niezdolną do utrzymania tego powietrza. Zabrać szalunki spod niewykończonego stropu. Opuścić to dziecko, na które się dmuchało i chuchało, któremu poświęciło się tyle czasu i uwagi. Opuścić to dziecko, które nie jest jeszcze gotowe, by kroczyć samemu. Opuścić to ukochane dziecko, gdy wreszcie odnalazło się sposób na czerpanie z tego wszystkiego ogromnej radości. Opuścić i z oddali patrzeć, jak (prawdopodobnie) marnieje, gaśnie…

Im bardziej to do mnie dociera, tym bardziej chce mi się wyć… Niby jeszcze nie ma papieru, niby nie ma decyzji, nie wiadomo czy decyzja przetrwa do jesieni. Ale szanse są tak duże, że zdziwię się, jeśli będzie inaczej.

Czas się szykować na ból…

Dlaczego warto zrobić sobie drzewo genealogiczne

O regularnym wykonywaniu pewnych badań trąbi się non stop (cytologia na ten przykład). Trąbiła też ostatnio, bardzo fajnie zresztą, Wiewióra. O szwedzkich studentach przyjeżdżających w poszukiwaniu raka. O TU trąbiła.

To oczywiście bardzo ważne. Szalenie wręcz. Ale dziś nie o tym, a o drzewie genealogicznym.

Na dobry początek weź kartkę i ołówek/długopis/kredkę/cokolwiek-do-pisania/komputer i narysuj swoje drzewo genealogiczne. Obejmij w nim swoje rodzeństwo, rodziców, ich rodzeństwo (ich dzieci też możesz, choć to już nie tak istotne) oraz rodziców swoich rodziców (ergo swoich dziadków). To takie minimum. Możesz dodać rodzeństwo swoich dziadków i ich dzieci, albo i swoich pradziadków, ale na następnym etapie może się to okazać problemowe. W każdym razie wyrysuj chociaż to minimum.

Następnie wypisz przy każdej osobie choroby na które cierpi, cierpiał/a. W szczególności wszelkie raki, choroby serca, tarczycy, nerek i reszty istotnych narządów. Miażdżyca, nadciśnienie, cukrzyca etc. Zadzwoń do mamy, cioci, babci (zwykle to kobiety lepiej wiedzą, kto na co w rodzinie choruje) i wypytawszy uzupełnij swoje drzewo.

Weź kredki i zakreśl jednym kolorem powtarzającą się chorobę, problem, niedomaganie. Innym kolorem kolejną. Po czym spójrz, przeanalizuj i zaplanuj na najbliższy czas kontrolę nerek, tarczycy, serca, cukru, czy co tam się wyłoniło. Jak nie jest ok – działaj. Jak jest ok to świetnie. Zapisz w kalendarzu kontrolę za rok. Nie za trzy czy pięć. Za rok.

Pytasz – czemu rok, co tam się może przez rok wydarzyć, skoro zdrowym? Bo może się okazać, że wynik, który mieścił się pięknie w środku dozwolonego przedziału, po roku wyskakuje nieco ponad. Działając szybko możemy sytuację łatwo okiełznać. Kto wie, jak wysoko byłby za te trzy-pięć lat?

Tak więc do kredek drogie Panie, szanowni Panowie! Do kredek, jeśli ważne jest dla Was zdrowie i życie!

- – - – -

Kilka dodatkowych wyjaśnień:

* Przecież większości chorób nie dziedziczy się genetycznie! Owszem, ale można dziedziczyć skłonność do pewnych chorób, odchyleń, problemów zdrowotnych. Można dziedziczyć słabość organizmu w pewnych obszarach, aspektach. Dlatego lekarze tak często w wywiadzie pytają o występowanie podobnych schorzeń w rodzinie. (i to zresztą też jest plus dla naszego drzewa – w przypadku wątpliwości możemy sięgnąć doń pamięcią i skierować lekarza na właściwe tory – przecież nie musi wiedzieć, że nasze wahania ciśnienia całkiem prawdopodobnie mogą się przechylić na nadciśnienie, skoro miała je już nasza ciotka, babka i dziadek).

** Przecież wystarczy co roku robić sobie komplet badań, po co te szopki z rysowaniem? Pewnie, można. Tak byłoby zresztą najfajniej. Ale wydaje mi się, że niewielu lekarzy skłonnych jest co roku dawać skierowanie na komplet badań. Oni są z tego też rozliczani. A robić wszystko prywatnie… No ja bym się nie podjęła finansowo.

*** Rodzina żony/męża nie wchodzi w grę przy takim drzewie. Nie ważne jak ją/go kochasz, nie jest z Tobą spokrewniona/y! Chyba, że robisz je właśnie dla żony/męża. Lub dla Waszego dziecka. Warto.

**** Im większe drzewo tym lepiej. Ale nie popadajmy w paranoję. Kuzynka piątej wody ma zdecydowanie mniej z Tobą wspólnego genetycznie, niż Twoja praprababcia. Rozważ to, zanim zamęczysz rodzinę pytaniami.

***** Tak, to wpis wynikający z moich doświadczeń. Tak, wybieram się wkrótce do specjalisty. Tak, zrobiłam sobie, ot tak przy okazji, jedno badanie, bo w rodzinie występowały przypadki. Tak, rok temu było w normie. Cztery lata temu również. Nie, nic poważnego, na razie, ogarniemy zanim spoważnieje :).

Dostateczna

Zawsze zazdrościłam tym, którzy wiedzieli kim chcą być w życiu, co robić. Lekarzem, dentystą, programistą, prawnikiem, weterynarzem, grafikiem, strażakiem, podróżnikiem, pisarzem etc. Niektórzy od zawsze, inni w którymś momencie życia, ale jednak. Bo zobaczcie – chcę być X, więc a)mogę wytyczyć sobie ścieżkę dojścia do X, b)mogę modyfikować ścieżkę za pomocą dostępnych narzędzi, c)wiem, jakich narzędzi mogę użyć do osiągnięcia X (więc to, co w b – mogę modyfikować ich zestaw), d)widzę cel, wiem ile mi do niego zostało, e)szukam konkretnej pracy, albo w zawodzie X albo w zawodach, które w jakiś sposób mnie do X przybliżają, ewentualnie wiem, że robię w Y tymczasowo, do momentu, gdy tylko znajdę coś w stronę X f)w chwilach słabości sięgam do celu i znów wiem, co robić itp. itd.

Dlatego nie lubię siebie. Nie lubię tego, że mogę robić dużo różnych rzeczy. Jak dostaję jakieś zadanie to się do niego dopasowuję. Wtapiam się w środowisko, w którym się znalazłam. Raz lepiej, raz gorzej, ale jednak. Nie jestem dobra w niczym, ale mogę być dostateczna na tak wielu polach. Mogę robić wiele, odnajdę się w wielu sytuacjach. I dlatego nie mogę określić swojego X. Bo wiem, że dopasuję się do miejsca/sytuacji, w którym/której się znajdę. Nie potrafię wybrać swojego X, bo nigdy nie będzie to wybór pełny i końcowy. Bo zawsze będzie „a co by było jakbym wybrała jednak Y?” i „a może wybór Z zaprowadziłby mnie w ciekawsze rejony życia?”. Przy czym X, Y i Z to ścieżki w cztery (!) strony świata…

Dlatego mam już 29 lat i do tej pory nie osiągnęłam nic.

Wyjść poza strefę

Od lat myśleliśmy o emigracji. Primo – w tym kraju emerytura to coraz większa mrzonka. Secundo – stosunek zarobków do cen (to się jakoś mądrze nazywa; siła nabywcza?) jest słaby. Tertio – służba zdrowia, edukacja, bezpieczeństwo, nierzadko pozostawiają sporo do życzenia. Quatro – the grass is always greener over there, bolesne, ale taka prawda. Opcji było wiele, ale ciągle nie było decyzji. Aż pojawiła się nowa idea. I póki to było tylko ple ple ple to wszystko było łatwe. Ple ple poszukać pracy, ple ple najpierw jedno potem drugie, ple ple koty, rowery, ple ple ple pleNoale starzejemy się i albo TERAZ albo prawdopodobnie nigdy. Więc zaczęliśmy się psychicznie nastawiać. I zaczęły się schody…

Mózg ludzki nie lubi zmian, nie przepada za rozwojem. Serio. Dlatego zdecydowanie więcej jest ludzi, którzy spokojnie sobie pracują, kupują, żyją i umierają niż tych z drugiej strony wykresu. Mózg lubi swoją strefę komfortu. Nie zawsze jest ona literalnie komfortowa. Bardziej oznacza to, co znane i oswojone. Mam pracę a mogłabym jej nie mieć. Taka sobie jest, ale wiem, co robić, dostaję kasę. No mogłabym poszukać innej, ale znów uczyć się czegoś od nowego? A może tam będzie gorzej? (tak jakby z autopsji…). Ten sam mechanizm działa często w przypadku maltretowanych kobiet. Bo może on się zmieni, może będzie lepiej. A jak sobie nie poradzę sama? Itp itd. Niestety wszelki rozwój wymaga wyjścia ze strefy komfortu. Nie wierzysz? Wpisz w google „strefa komfortu” i spójrz prawdzie w oczy.

Ale wiedza to jedno a praktyka… cóż, rządzi się zupełnie innymi prawami. A przeprowadzka do zupełnie innego kraju? Gdzie gadają w innym języku (i nie jest to angielski!)?? Gdzie nie ma naszych przyjaciół??? GDZIE NIE MA MAMY????

A propos mamy. Chyba się starzeję. Albo dziadzieję. Alzheimer czy coś… Rozwalam się emocjonalnie… Już parę lat temu doszłam do wniosku, że po okresie buntu nastoletniego człowiek godzi się (w sobie) ze swoimi rodzicami i znów ma w nich kogoś, kogo potrzebuje. No tak psychicznie. Tak miałam. I to postępuje. Mam wrażenie, że gdyby ich zabrakło, a przede wszystkim mojej mamy, rozsypałabym się i nie poradziła już z najprostszymi sprawami. Sama świadomość tego, że jej kiedyś zabraknie, moczy mi oczy. A taka byłam samodzielna, jak się z domu wyprowadzałam, jak zaczynałam pracować. Taka dorosła. A jak bym policzyła z iloma pierdołami zwracam się do mamy, bo tak łatwiej (z ostatnich dni: czy ksiądz będzie miał swoje kropidło? pierdoła, prawda…), nawet jeśli tylko się wygadam/wyżalę to całkiem sporo by tego wyszło. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby mogło być inaczej. A jak będę daleko? W zupełnie obcym kraju? Tylko przez skajpa i smsy? Nie wiem, jak moja siostra to ogarnia już tyle czasu…

No chyba, że to mój mózg teraz wariuje. W obliczu całkowitego wyjścia poza strefę komfortu.

NO CHYBA, ŻE mój mózg podpowiada mi dobrze (przeczucia, podszepty czegośtam) i próbuje mnie ocalić?

Ta, ocalić. Od zmiany na lepsze chyba.

Haha, AND IF NOT?? A co jeśli czeka cię tam KA-TA-STRO-FA?

(i tak to mniej więcej w mojej głowie wygląda. jeśli kiedyś trafię do psychologa, to będzie to musiał być bardzo sprytny człowiek, bo ja tak sobie w głowie szukam wyjaśnień na różne rzeczy. niestety te wyjaśnienia są zdecydowanie sprzeczne wobec siebie. dlatego czasem marzę o wizycie u takiego spryciarza, co by mi powiedział „jest tak i tak, co wynika z tego, więc ty tak i tak”, żebym to sobie przyjęła jako pewnik i już się nie musiała zastanawiać za dużo)

Wracając jednak do strefy komfortu. Bylibyśmy tam sami. Musielibyśmy kogoś zapoznać. Ale czy znajdziemy tam takich przyjaciół znajomych chociaż, którzy z nami pograją w planszówki?? Kto pożyczy wiertarkę? Z kim będziemy razem dzieci chować (w beczkach, hyhy, żarcik taki)? Ani przyjaciół, ani rodzeństwa, ani kuzynostwa… Słabo, nie lubię takiej samotności…

A moje cioteczki? A dziadek? A co, jeśli coś im się stanie?? A mnie tu nie będzie??? Nigdy nie patrzyłam tak w ten sposób, ale ostatnio tata mi uświadamiał, że w zasadzie ww. bardzo dobrze się trzymają, ale swoje lata już mają. Poważne lata. Nie patrzyłam na to w ten sposób. Może dlatego, że tu jestem i zawsze mogę podjechać. Dzień czy kilka godzin to w zasadzie nie różnica. A tak z daleka to już jednak… (w zasadzie w przypadku nagłych wydarzeń to i godzina to za wiele, jeśli się nie było u cioteczki przez miesiąc czy dwa, ale mózg już tego nie chwyta tak jak bycia daleko daleko…)

Przy czym nie zrozumcie mnie niewłaściwie. Ja nie byłam nigdy jakoś specjalnie blisko. Nie zwierzam się mamie i tacie z sekretów, nie kumpluję się z dziadkiem, u cioteczek bywam rzadko. Ale oni wszyscy są niezwykle ważni dla mojej psychiki i emocji. Są ze mną mocno w mojej głowie powiązani. Byli (tam) zawsze.

To chyba jakiś lęk separacyjny…

Jest jeszcze oczywiście parę innych problemów, ale na chwilę obecną nawet znalezienie pracy, czy nauka języka, wypada blado i banalnie wobec tego, co przeżywam w sprawie powyższego…


(A. oczywiście w ogóle mnie nie rozumie. ale to facet. faceci się nie znają…)


Nie to, że wyjście poza strefę komfortu jest trudne. Robiąc małe kroki poszerzamy swoje możliwości tak, że wkrótce to, co niemożliwe, jest bliżej naszego zasięgu, niż nam się wydawało. Wyjściem poza strefę może być np wykąpanie się w lodowatym Zalewie w sukni ślubnej jesienią, gdy wszyscy na plaży, w ciepłych kurtkach, patrzą na Was z głupim wyrazem twarzy ;).

Książki 2013

Lista nie jest zbyt chronologicznie, bom się zapomniała w tej kwestii. I na pewno o czymś zapomniałam spisując :/ Choć i tak w tym roku czytałam dużo dużo mniej. Wszystko przez sprawy ślubne – zajmowały dużo głowy i czasu. A w 2014 będzie jeszcze gorzej albowiem samochód będzie w używaniu. Będę musiała nauczyć się czytać w domu… To ogromny minus całego tego przedsięwzięcia z pojazdem…

1. Paullina Simons „Jeździec miedziany”
Historia miłosna, lecz strasznie pokomplikowana a na dodatek w wojennym Leningradzie. Czytając mocno przeżywa się problemy wojenne – głód, brak kontaktu z bliskimi, zobojętnienie a nawet zezwierzęcenie ludzi. Boleśnie przeżywa się losy Tanii i Aleksandra. Nie raz chciałam zakrzyknąć – głupia dziewczyno, zrób to! Do tej pory boli mnie żołądek, gdy pomyślę o tej książce i boję się sięgnąć po kolejną część z trylogii. Polecam gorąco ale ostrzegam – ogromne emocje.

2. Andrzej Pilipiuk „Aparatus”
Zbiór opowiadań powiązanych ze sobą cieniutką nicią. Każde z nich opowiada o pewnych niezwyczajnych wydarzeniach, niewytłumaczalnych sytuacjach. Taki zbiór dziwnych historii związanych z nieznanymi, niewytłumaczalnymi prawami natury (np wioska, wokół której nie słychać żadnych dźwięków natury, choć zbudowana została w lesie).

3. Emily Jane Brontë „Wichrowe wzgórza”
Historia dwóch rodzin, wielkiej miłości, która nie powinna była się wydarzyć, decyzji i ich konsekwencji ciągnących się latami. Mówią, że to jedna z największych historii miłosnych wszech czasów.

4. Charlotte Brontë „Vilette”
Lucy Snowe traci wszystko. Decyduje się więc postawić to, co jej zostało, na jedną kartę i rusza na kontynent w poszukiwaniu pracy. Znajduje ją w pensji w miasteczku Villete. Lucy zadowolona z życia opisuje wydarzenia na pensji z punktu widzenia spokojnego obserwatora, jakim chce pozostać. Ale los decyduje inaczej.

5. Maja Lidia Kossakowska „Siewca wiatru” (audiobook)
Początkowo strasznie mnie irytował temat i sposób pisania, ale później stopniowo się wciągnęłam w całą historię. Historię o aniołach, o Niebie (i jednocześnie Ziemi), które dawno już zostało opuszczone przez Boga (ale nieliczna garstka aniołów najbliższych Bogu, stara się, by nikt absolutnie nikt, nie dowiedział się o tym) i o walce ze Złem, które znów pragnie zapanować. Koloru dodają konie, które w niebie potrafią „mówić” (bezpośrednio do umysłu rozmówcy) i są niezwykle mądre a jednocześnie enigmatyczne do bólu.
Bardzo dobrze nagrany audiobook, z podziałem na role, rewelacyjnie zagranymi kwestiami konia.

6. George R. R. Martin – „Gra o tron”
Jest tak wciągająca, jak się opisuje. Nie żałuję, chcę więcej!

7. George R. R. Martin – „Starcie królów”
Równie wciągająca jak pierwszy tom.

8. Eilenberger Wolfram „Co Finowie mają w głowie”
Książka, którą dostała moja siostra, coby się zapoznać z otaczającymi ją ludźmi. Zabawnie napisana przez ‘obcokrajowca’, który przyjeżdża do Finlandii i zakochuje się w Fince. I opisuje charakterystyczny sposób bycia Finów.

9. Jodi Picoult „W naszym domu”
Opowieść o chłopcu z zespołem Aspergera. O tym jak postrzega świat, jak reaguje na wydarzenia. I jak jego sposób myślenia oraz fascynacja wykrywaniem zbrodni wpędza go w poważne tarapaty (oskarżenie o morderstwo). Książka pisana w sposób, który niekiedy mnie drażni – każdy kolejny rozdział pisany jest przez inną osobę. Opowieść częściowo traci na spójności, ale z drugiej strony dzięki temu możemy poznać tę samą historię z różnych punktów widzenia.

10. Carlos Ruiz Zafón „Gra anioła”
Młody człowiek, chcący zostać pisarzem, dostaje niebanalną propozycję. Wkrótce jednak okazuje się, że propozycja jest co najmniej zastanawiająca. Bohater próbuje z tej sytuacji wyjść obronną ręką, próbuje rozwikłać związane z nią zagadki. Próbuje też nie zaprzepaścić swojego własnego życia i miłości, o której marzy. Jednak im bardziej stawia się swojemu zleceniodawcy, tym wszystko staje się trudniejsze. Książka bardziej skomplikowana niż „Cień wiatru”, równie interesująca, ale niestety nie niosąca tyle emocji.

11. Walter Hansen „Wilk, który nigdy nie śpi”
Podtytuł „Pełne przygód życie lorda Baden-Powella” w wielkim skrócie opisuje treść tej książki. Ale to tylko powierzchowny opis. Bo był Baden-Powell człowiekiem niebanalnym, pełnym werwy i pomysłów, odważnym i nie bojącym się nowego. Był jednym z tych niewielu ludzi, którzy po prostu będąc sobą, zmieniają losy świata. Warto, nawet jeśli nie jest się harcerzem/skautem.

12. Marek Kudasiewicz „Obrzędowy piec Chytrego Kota”
Myślę, że to pozycja obowiązkowa dla każdego drużynowego, a zwłaszcza dla młodego, zakładającego swoją własną drużynę. Ale mi również wiele dała i żałuję, że nie miałam z nią styczności dużo dużo wcześniej. Mogę śmiało powiedzieć, że to biblia obrzędowości drużyny/zastępu/szczepu. I trzeba do niej często wracać, by czerpać nowe pomysły i rozwijać te już wdrożone.

13. Anthony Bourdain „Świat od kuchni”
Książka, którą kiedyś wygrałam w jakimś konkursie, ale do tej pory nie miałam ochoty po nią sięgnąć. Błędnie. Autor – znany szef kuchni wyrusza w świat w poszukiwaniu posiłku idealnego. Opisuje przeróżne dania, jedne pyszne, inne przerażające. Przyznam, że często ciekła mi ślinka podczas lektury tej książki. Ale odradzam tym, którzy brzydzą się na widok wątróbki – w książce są dużo „gorsze” rzeczy do zjedzenia ;). MNIAM!

14. Alexander Stilwell „Sztuka przetrwania w sytuacjach kryzysowych”
Napisane prostym językiem, z wieloma rysunkami, kompendium wiedzy o zachowaniu się w sytuacjach kryzysowych – od powodzi, przez katastrofę pociągu po zagubienie się w terenie. Książka podrzuca przykłady zachowań, które mogą nam uratować życie. Z grubsza uczy jak zbudować schronienie. Minimum wiedzy, którą należy posiadać, by poczuć się bezpieczniej. I dobry wstęp do dalszych poszukiwań. Bo survival to nie tylko obozowanie w lesie i jedzenie robali.

15. Karen Blixen „Pożegnanie z Afryką”
Znana książka, na podstawie której nakręcono znany film. Dawno temu. Ale myślę, że czasem warto sięgnąć po jakiś „klasyk”, by wiedzieć, co kształtowało umysły wcześniejszych pokoleń oraz kulturę. Autorka opisuje swoje życie na farmie w Afryce. Codzienność jak i wyjątkowe wydarzenia. Czas kolonialnego rozwoju i upadku.

16. Arkady Fiedler „Dywizjon 303″
Historia Dywizjonu polskich pilotów w angielskiej armii, pisana niemal na gorąco. Historia bohaterskich działań, bez których losy wojny mogły potoczyć się inaczej. Historia, która w późniejszych czasach została przemilczana, zepchnięta gdzieś na ubocze w cień niepamięci.

17. Virginia Cleo Andrews „Kwiaty na poddaszu”
Wstrząsająca opowieść o rodzinnych tajemnicach, zakazanej miłości i dzieciach, które karane są za występek ich rodziców. Opowieść o próżności, która wychodzi na wierzch i staje się ważniejsza niż dobro (a nawet życie) najbliższych. Opowieść o ogromnym okrucieństwie wyrządzanym tym, którzy nie potrafią się bronić. Opowieść o tym, jak zmienia się człowiek będący w zamknięciu, więziony, wciąż z tymi samymi ludźmi. Trudna historia, wciągająca okropnie.

18. Nick Vujicic „Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!”
Książka napisana przez człowieka, który urodził się bez rąk i bez nóg. Historia jego beztroskiego dzieciństwa, gdy nie miał świadomości swojego kalectwa, trudnego dorastania, gdy brakowało mu akceptacji (aż do próby samobójczej) i poszukiwania własnego miejsca w życiu. Historia tego, jak bardzo pomogła mu wiara w Boga, jego bliscy i własna determinacja. Budujące.

19. Linda Holeman „W dalekim kraju”
Pree, dziecko angielskich misjonarzy, wychowuje się w Indiach, na misji prowadzonej przez jej ojca. Boryka się z codziennymi problemami, z biedą. Ale im jest starsza tym więcej szczegółów przestaje do siebie pasować. Stopniowo poznaje tajemnice rodzinne. Gdy umierają jej rodzice musi w obliczu nagłych i niepokojących zmian uciekać. Podejmuje trudne decyzje szukając spokoju. Im bardziej go pragnie tym bardziej sytuacja gmatwa się. Stopniowo cała prawda wychodzi na jaw burząc wszystko, co do tej pory stanowiło o Pree.

20. Michael Gruber „Zwrotnik nocy”
Zaczyna się od zbrodni. Mocno nietypowej zbrodni. Detektyw Paz musi szukać pomocy u specjalistów. W tym samym czasie Dolores, starająca się wieść względnie normalne życie, zaczyna czuć na plecach oddech swojego męża. Męża, który stał się afrykańskim czarownikiem i stara się ją odszukać. Trzyma w napięciu i ma w sobie zbrodnię, zwłoki, magiczne pierwotne wierzenia. Dużo dobrego ;).

21. Krzysztof Daukszewicz „Pamiętnik IV Rzepy”
Retrospektywnie.

22. Anna Brzezińska „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny” (audiobook)
Długo męczony, początkowo słabo wciągający. Wiedźma, trochę przypominająca Babcię Weatherwax i jej perypetie, bądź wydarzenia dziejące się gdzieś w jej okolicy i pod jej czujnym okiem. Książka rozwija się i wciąga, zwłaszcza, gdy czytelnik (słuchacz) zaczyna zauważać, że pozornie niezwiązane ze sobą opowieści, jednak tworzą pewną powiązaną całość.

Witaj przybyszu

shenn

Nie ważne skąd przybywasz i dokąd zmierzasz. Trafiłeś tu do mnie, więc zostań chwilę, ogrzej się, odpocznij. Mam nadzieję, że Ci się spodoba i zostawisz odrobinę siebie.
.
It's like ten thousand spoons when all you need is a knife...
.
But I'm still standing better than I ever did, looking like a true survivor, feeling like a little kid...

.
Czuję się, jakbym miała 10 lat mniej, jakby czas zbyt szybko biegł i gubił mnie gdzieś po drodze. Mam swoje pasje, które utrzymują mnie jakoś na powierzchni, choć nie zawsze mam na nie czas. Zjada mi go często moje małe uzależnienie od sieci. Chwilowo znajduję się na kolejnym rozdrożu i kalkuluję, co mi więcej da, choć pewnie i tak życie zrewiduje wszystkie plany. Podobno ludzie mnie lubią. Zupełnie nie wiem za co.
.
shenn
.

Kalendarz

Kwiecień 2014
P W Ś C P S N
« mar    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Kategorie

Archiwum